Komentarze
- Pamietaj o usuwaniu śniegu z dachu i sopli z rynien
- Ks. Jan Paszulewicz gościem PUTW i Biblioteki Publicznej
- 60 - lecie PKO Banku Polskiego
- Parkujemy jak chcemy
- Ulica 3 Maja w sądzie
Po drugiej stronie barykady. Wspomnienia ze stanu wojennego i okolic (cz. 1)...
Czwartek, 12 stycznia 2012 (22:27)
Prezentowany tekst (z niewielkimi zmianami) ukazał się w wydanej na początku listopada br. książce pod redakcją dra Janusza Hochleitnera „Szesnaście miesięcy wolności - „Solidarność" w województwie elbląskim", Elbląskie oblicza patriotyzmu, Elbląg 2006.
Przedwojnie - jesień 1981 r. Po miesięcznym urlopie, ciągle z wieloma rozterkami i z wyraźną niechęcia - jako tako wypoczęty porucznik L. wrócił do pracy. Tu okazało się, że sytuacja polityczna w instytucjach i obiektach nadbudowy, będących „w aktywnym zainteresowaniu operacyjnym pionu III Służby Bezpieczeństwa" uległa znacznemu pogorszeniu.
Kierownik sekcji - poczciwy kapitan M. zorganizował właśnie małą odprawę, na której podzielił się swoimi uwagami z udziału w tzw. telekonferencji - bezpośrednio z kierownictwem departamentu. Tamci w Warszawie nie mieli już żadnych złudzeń, że czas rozstrzygnięcia „w tą lub w tamtą stronę" zbliża się szybkimi krokami. Ponaglali przede wszystkim „radzieccy towarzysze", którzy już w czerwcu tego roku przesłali słynny list „do towarzyszy polskich", zarzucając w nim, że „PZPR krok za krokiem ustępuje pod naciskiem wewnętrznej kontrrewolucji".
Nic dziwnego, że Dyrektor Departamentu III MSW gen. A. Krzysztoporski powtórzył na telekonferencji jeszcze raz słowa gen. W. Jaruzelskiego, że „w Polsce działają siły wrogie socjalizmowi" i „chyba każdemu członkowi partii jest jasne, iż określenie kontrrewolucja nie budzi żadnych wątpliwości". Stąd nowe zadania dla wszystkich podległych MSW służb i wezwanie do aktywnych przedsięwzięć operacyjnych, zwłaszcza „na odcinku pracy z osobowymi źródłami informacji".
W planach mobilizacyjno-obronnych (MOB) elbląskiej SB szczególną rangę przykładano do ochrony tandetnej (sic!) rampy towarowej dworca w Braniewie, która „w razie potrzeby" musiała być bezkolizyjnie dostępna dla „bratnich oddziałów Armii Radzieckiej" z kierunku obwodu kaliningradzkiego. Zresztą inne, zaktywizowane i na dużą skalę działania prowadzono już od wrześniowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność" w gdańskiej „Olivii". Postanowiono wszelkimi dostępnymi środkami dyskredytować uchwały tego zjazdu i przy każdej okazji ukazywać wrogą Polsce działalność „Solidarności". Jak zwykle robiono to metodami, które przynosiły odwrotny skutek.
Tego popołudnia porucznik L. wraz z podporucznikiem J. otrzymali do dyspozycji nieoznakowanego służbowego fiata 125p oraz pakiet specjalnych plakatów do rozklejenia na trasie Elbląg - Malbork - Sztum - Kwidzyn. Obaj mieli do siebie pełne zaufanie, sprawdzone w paru ekstremalnych sytuacjach, podobną proweniencję społeczną, a do tego „z nie jednego pieca chleb jedli".
Nie ociągając się zbytnio wyjechali w teren, ale przedtem obejrzeli wręczony im materiał propagandowy. Każdy plakat przedstawiał dramatycznie pusty talerz z kręgosłupem i ościami jakiejś doszczętnie zjedzonej ryby oraz bezczynny nóż i widelec. By nikt nie miał wątpliwości, plakat był podpisany: „Skutki ostatniego Zjazdu „Solidarności".
Ruszyli więc późnym wieczorem w długą trasę, czuli się w miarę pewnie, chociaż można było wpaść w ręce licznych patroli milicyjnych lub przygodnych ludzi. Obaj przeżyli już taką frustrację poprzedniego dnia, gdy na starym niemieckim wiadukcie, na wjeździe do Elbląga z trasy E-7, zamazywali olbrzymi napis „Precz z komuną". Przejeżdżające samochody trąbiły niemiłosiernie, a niektórzy kierowcy otwierali szyby i wyzywali ich od najgorszych. Tym razem jednak dostali wykaz wszystkich pasm UKF, na których pracowały radiostacje komend milicji pod drodze, by podczas ich nasłuchu w samochodzie nie dać się głupio złapać.
Wszystko szło dobrze, plakatów ubywało, a znaczną ich część rzucili po prostu pod bramę cukrowni w Malborku. Dopiero w Kwidzynie o mały włos nie wpadli. Gdy ppor. J. naklejał kolejny plakat na oknie wystawowym jakiegoś dużego sklepu, por. L. usłyszał w radiostacji głos dyżurnego oficera komendy: „Do wszystkich radiowozów i patroli pieszych - zatrzymać białego fiata, kleją na Kościuszki wrogie plakaty"! Czasu było niewiele. Ruszyli z piskiem opon w kierunku Sadlinek i wkrótce słuchając radiostacji bez trudu zgubili „ogon". Zresztą ppor. J. pochodził z tych stron i praktycznie mogli poruszać się tu nawet na wygaszonych światłach.
Po paru godzinach kluczenia zjechali do Czernina k. Sztumu, by w tutejszej restauracji - hotelu „Jonatan" coś zjeść. Wewnątrz było kilkanaście osób i jakaś ponura atmosfera, a do tego zespół przygrywał smętne melodie. Nie było żadnych alkoholi, nawet piwa, a do zjedzenia oferowano jakieś podejrzane żeberka w kapuście i pomidorową. Postanowili więc trochę posiedzieć i odpocząć. Wkrótce zrobiło się nawet ciekawie, gdyż zaczął się „koncert życzeń", który jednak za sprawą siedzącej w gronie męskim powabnej blondynki, okazał się jednak niezwykle monotematyczny. Praktycznie każdą zamawianą melodię poprzedzał tekst w rodzaju „dla pięknej Beaty, która wyjeżdża w sobotę do Stanów Zjednoczonych, piosenka „Żółte kalendarze" i dalej: „Dla naszej Beatki, która w niedzielę będzie już w Chicago piosenka „Siedem dziewcząt z Albatrosa". Przy czym słowa „Stanów Zjednoczonych" były specjalnie akcentowane, by nikt nie miał wątpliwości, gdzie szczęśliwa blondynka wyjeżdża.
Wszyscy obecni w restauracji, łącznie z dwoma przybyłymi smutasami, patrzyli z nieukrywaną zazdrością na blondynkę Beatę, która za parę dni będzie już w „wolnym świecie"....
Listopad 1981 r. Było już dobrze po dwudziestej drugiej, gdy pod blok, w którym mieszkał por. L. hałaśliwie podjechała oznakowana milicyjna „Nyska". Ubrany w moro milicjant zdyszanym głosem oświadczył, że L. musi się natychmiast stawić w komendzie, gdyż na Zawadzie znaleziono duże ilości antypaństwowych ulotek. Domniemany sprawca kolportażu uciekł i zamknął się w prywatnym mieszkaniu w jednym z wieżowców. Pod drzwiami mieszkania stoi trzech ściągniętych tego dnia z Braniewa milicjantów i czeka na dalsze decyzje.
Klnąc na czym świat stoi por. L. ubierał się szybko wiedząc, że czeka go trudne zadanie, ale cóż - tego dnia i nocy miał dyżur domowy. Przed wieżowcem zastał zdezelowanego fiata, którego silnik był jeszcze gorący - „to pojazd tego kolportera ulotek" - poinformował milicjant. Na siódmym piętrze milicjanci wręczyli mu z satysfakcję pakiet znalezionych w klatce schodowej i windzie ulotek. Patrząc służalczo na por. L., z poczuciem szczęścia i służbowego zadowolenia oraz z nadzieją, że oto załapią się na porządne premie.
Ten spojrzał na ulotki i w tym momencie wszystko stało się dla niego jasne! Ulotki pochodziły z „rodzimej produkcji SB" i zostały wcześniej rozrzucone przez „dzielnych oficerów z kontrwywiadu" - w ramach szeroko zakrojonych działań dezintegracyjnych wobec „S". Tak więc domniemany kolporter był prawdopodobnie Bogu ducha winny! Pozostawało tylko wyjaśnić, dlaczego uciekał przez patrolem?
Nie mógł jednak podzielić się w tym momencie swoimi spostrzeżeniami z milicjantami, gdyż sprawa „by się rypła". Pokiwał tylko ze zrozumieniem głową i nawiązał przez radiostację kontakt z oficerem dyżurnym KW MO. Na pytanie co robić? Usłyszał: „Popukać jeszcze do drzwi, a następnie wchodzić z drzwiami!" Cisza nocna nie miała tu żadnego znaczenia. Por. L. zastosował się do polecenia i po bezskutecznym dobijaniu się, wziął mały rozpęd i uderzył mocno barkiem w drzwi, które o dziwo - wyleciały lekko razem z futryną! Taka była bowiem jakość budownictwa peerelowskiego na betonowej pustyni zwanej Zawada!
Po chwili, już po leżących drzwiach, wchodził z milicjantami do mieszkania. W przedpokoju wyskoczył ubrany w szlafrok młody mężczyzna i zdumiony krzyknął: „Panowie, nie mogliście zapukać!?"
Rozpoczęło się przeszukanie „na legitymację", a nakaz prokuratorski miał być doręczony następnego dnia. Por. L. wiedział, że te czynności psu na budę są potrzebne, a domownicy nie mają nic wspólnego z „wrogimi ulotkami". Cóż było jednak robić?
Raptem nieubłagani milicjanci znaleźli ponad 30. litrowy gąsior z zacierem na bimber! To był dla nich niebywały sukces! Producent alkoholu spędził więc resztę nocy w areszcie.
Następnego dnia całe zdarzenie wyjaśniło się w zgoła nieoczekiwany sposób. Otóż właściciel mieszkania był z żoną, szeregową pracownicą komitetu partii w Elblągu, na imprezie zakrapianej alkoholem. Późnym wieczorem postanowili wracać do domu. Początkowo jechała żona, a mąż na dobrym rauszu udzielał wskazówek. Na nieszczęście, niedaleko wieżowca rozkopano w poprzek drogę, więc zmienił się z żoną za kierownicą, gdyż uznał, że nie pokona ona tej przeszkody i jeszcze rozwali mu jego cacko o nazwie Fiat 125p.
Gdy tylko przejechał wykop, zobaczył w lusterku nadjeżdżającą z dala milicyjną „Nyskę". Dodał gazu i gubiąc patrol, zostawił autko pod blokiem, wpadł do mieszkania i zabarykadował się. Nie zauważył nawet tych idiotycznych ulotek, które kontrwywiad rozrzucił! A konsekwencje tej kabaretowej sytuacji były srogie. Żonę zwolniono z pracy w komitecie, a mąż dostał wyrok w zawieszeniu za pędzenie bimbru. Później nawiązał rzeczywiście kontakt z działaczami „Solidarności" i już w stanie wojennym, w ramach tzw. emigracji wewnętrznej, wyjechał do Włoch, gdzie zresztą bardzo dobrze się urządził.
Sytuacja ta była powodem ciętych docinków pod adresem zadzierających nosa niektórych oficerów kontrwywiadu czyli „dwójki", specjalistów od łapania szpiegów. Zwano ich popularnie „rzeźbiarzami powietrza" lub „czesaczami powietrza". Terenowy pion Departamentu II MSW w którym pracowali, często nazywano również „Wydziałem do Spraw Walki z Cieniem" i śmiano się, że w jednej z szaf pancernych mają złapanego i zmumifikowanego szpiega, żeby wiedzieli jak taki szpieg wygląda!
Ich mozolna praca „na odcinku szukania szpiegów" polegała w większości na tzw. „białym wywiadzie", czyli czytaniu prasy zagranicznej, nasłuchu zachodnich stacji i „wnikliwej analizie uzyskiwanych tą drogą informacji". Dlatego liniowe zadania operacyjne stwarzały im określone trudności, a bywało też tak, że podczas tajnego przeszukania mieszkania (TP) domniemanego szpiega, zostali zgarnięci przez nic nie wiedzących milicjantów i jako pospolici włamywacze, w kajdankach doprowadzeni do komendy!
Sobota 12 grudnia 1981 r. Popołudnie. Budynek KW MO przy ulicy Armii Czerwonej w Elblągu . Dzień ten, podobnie jak poprzednie, nasyconą był również wszechobecną atmosferą niepewności, napięcia i oczekiwania, że coś się zdarzy, coś czego nikt nie był jednak w stanie przewidzieć.
Ta atmosfera udzielała się młodemu porucznikowi L., który czekał z niecierpliwością końca pracy, by wreszcie pojechać do rodziców do podpasłęckiej wsi R. i spędzić tam w miarę spokojnie niedzielę. Wcześniej odprawił żonę z niespełna trzyletnim synkiem do odległego Torunia, by w oczekiwaniu na najgorsze, mieli tam w gronie najbliższej rodziny bezpieczny azyl. Tam miało być spokojniej, a na pewno wygodniej, ponieważ elbląskie „mieszkanie" służbowe - jeden pokój z piecem oraz nieogrzewaną kuchnią i łazienką takich wygód nie zapewniały. Na wszelki wypadek dał żonie swój RMG , gdyż „czasy były niepewne".
Tu i ówdzie chodziły słuchy, podsycane zresztą urzędowo, zwłaszcza przez pion polityczno-wychowawczy KW MO, że rodziny aparatu bezpieczeństwa, władzy i partii nie mogą czuć się bezpieczne. Wokół słyszało się, że będą oznaczane czarnymi krzyżykami mieszkania osób funkcyjnych i pojawiło się nawet powiedzenie, że „na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". W rewelacyjnych informacjach politycznych brylował kapitan W., zwany politrukiem, odnoszący wówczas niebagatelne sukcesy na polu walki z klerykalizacją funkcjonariuszy MO i SB. Do tego stopnia skołował pewnego milicjanta, że ten po ślubie cywilnym poszedł w mundurze z żoną pod rękę pod ustawioną w 1975 r. blaszankę, zwaną Pomnikiem Odrodzenia, gdzie złożyli ślubną wiązankę! Inny zaś zarzucił kościelne chrzciny nowonarodzonego dziecka na rzecz ceremonii zwanej „świeckim nadaniem imienia", a na ojca chrzestnego przybrał właśnie politruka W!
Porucznik L. pożegnał się więc na dworcu z żoną i synkiem z pewnym uczuciem ulgi i uspokojenia, chociaż i tak w ostatnim czasie mało się z najbliższymi widywał. Sprawy służbowe uległy bowiem znacznemu przyśpieszeniu po spotkaniu NSZZ „Solidarność" w Radomiu, a poszczególne wydziały Służby Bezpieczeństwa uzupełniały pośpiesznie listy osób przewidzianych do internowania na wypadek (W). Na listy, które zaczęto tworzyć już po tzw. "sprawie bydgoskiej", szeregowi funkcjonariusze patrzyli na ogół z powątpiewaniem, gdyż „Solidarność" pokazała już, że jest potężną i niekwestionowaną siłą, budzącą uznanie i szacunek w środowiskach robotniczych i w „wolnym świecie".
Już wtedy miliony ludzi zaczęły kojarzyć nasz kraj z papieżem Janem Pawłem II i Lechem Wałęsą. „Ale za nami stoi niewzruszona opoka, czyli ZSRR i oni mogą nam podskoczyć" - mawiał pułkownik zwany popularnie „Bełkotem", absolwent jakiejś rolniczej uczelni, który legitymował się pieczątką „płk mgr inż. leśnik [...] Pułkownik „Bełkot" słynął ze swego niekonwencjonalnego, a raczej prostackiego zachowania, zwykł bowiem podczas rozmów bilateralnych lub narad, dłubać sobie w nosie, w uchu, bezceremonialnie ziewać, bekać i wtrącać zdania typu „ni w gruchę, ni w pietruchę".
Kierownik sekcji w Wydziale III SB kapitan M. wrócił tego dnia z odprawy u „Bełkota" lekko podenerwowany, gdyż zwrócono mu tam uwagę, że na wydziałowej liście jest za mało osób do internowania, a inne wydziały miały „elementu antysocjalistycznego", w skrócie „ea", kilka razy więcej.
Skonfundowany kapitan poinformował jednocześnie wszystkich, że komendant wojewódzki dostał po południu dwie zalakowane koperty z MSW, z których jedną ma otworzyć o godzinie 20,oo a drugą po godzinie 22.oo, „w zależności od rozwoju sytuacji i wytycznych z MSW".
Nikogo ta informacja nie zdziwiła, gdyż już od kilku dni dla całego stanu osobowego komendy obowiązywał „stan podwyższonej gotowości do wykonywania zadań służbowych", a jakiekolwiek wyjazdy poza miasto były zabronione - każdy funkcjonariusz miał być w nieustannym zasięgu i mobilności. Każdy winien mieć przy sobie broń służbową w kaburze operacyjnej, gaz łzawiący i kajdanki. Instrukcję alarmowego powiadamiania ćwiczono w tym roku kilkakrotnie.
Porucznik L. zlekceważył jednak te obostrzenia i pojechał ostatnim autobusem pekaesu do R. Był już zupełnie ciemno, trzymał lekki mróz, a ziemia była wszędzie przyprószona śniegiem. Rozpoczynała się zima.
W rodzinnym domu zastał zupełnie inną atmosferę, a przede wszystkim spokój oraz przyjemny, pełen zrozumienia klimat. Po kolacji długo rozmawiał z ojcem, który w poprzednim roku odszedł na emeryturę milicyjną, po ponad trzydziestu pięciu latach pracy na posterunku wiejskim, nieustannie w tej samej miejscowości.
Nagle po godzinie ósmej wieczorem zadzwonił telefon, który odebrał ojciec. Dzwonił kapitan M. i już na wstępie zapytał się, „czy syn jest w domu, gdyż ma natychmiast stawić się w komendzie w Elblągu". Ojciec odpowiedział, że nie wie, gdzie jest obecnie syn, ale jeżeli się odezwie, to oczywiście przekaże treść rozmowy. Ta niezgodna z prawdą wersja była już wcześniej w rodzinie uzgodniona. Kapitan M. podkreślił jeszcze raz na zakończenie rozmowy, że sprawa jest bardzo ważna i porucznik L. jest potrzebny - „tu na miejscu".
Po tym niespodziewanym i nerwowym telefonie, rozmowa wróciła do tematów zdarzeń ubiegłego tygodnia oraz rokowań na przyszłość. Ojciec wspominał wydarzenia poznańskie z 1956 r., gdy jako szeregowy milicjant został na długi czas skoszarowany, kiedy to ówczesny premier J. Cyrankiewicz odgrażał się, że „każda ręka podniesiona na władzę ludową - zostanie odrąbana", wspominał także wydarzenia marcowe 1968 r. i wydarzenia grudniowe 1970 r. Te ostatnie pamiętał także L., gdy jako uczeń liceum w miasteczku P. musiał obowiązkowo oglądać w tutejszym internacie wiadomości podawane przez Dziennik Telewizyjny. Pamiętał jak tow. „Wiesław" - Gomułka na spotkaniu z aktywem warszawskim PZPR, wypowiedział słynne zdanie: „Mickiewicz nie był i nie będzie odskocznią do antyradzieckich ekscesów". Pamiętał również wystąpienie telewizyjne sekretarza S. Kociołka, który piętnował „elementy chuligańskie, które zniszczyły w Gdańsku wiele samochodów milicyjnych i straży pożarnej". Sąsiad ze wsi, wówczas uczeń jakiejś elbląskiej szkoły zawodowej przywoził pełne torby szampanów, alkoholi oraz odzież zrabowaną z rozbijanych sklepów, które mieli jakoby niszczyć prowokatorzy z SB.
Zresztą wydarzenia grudniowe 1970 r. porucznik L. konfrontował już po podjęciu pracy w 1977 r. w Służbie Bezpieczeństwa, gdy natrafił w swej służbowej szafie pancernej na obszerne tomy sprawy obiektowej pod kryptonimem „Jesień 1970".
Okazało się, że kilku jego starszych kolegów z sekcji brało w nich czynny udział, a kapitan M. opowiadał jak to w komendzie pod wszystkimi ścianami stali zatrzymani, z rękami podniesionymi do góry i czekali na tzw. „oklep".
„Przesłuchiwania" trwały non stop, a poszczególne wydziały bezpieki prowadziły aktywną pracę operacyjną, zwłaszcza „na odcinku pozyskiwania osobowych źródeł informacji". Z Olsztyna ściągnięto wielu oficerów SB, którzy rezydowali w pobliskim hotelu „Żuławy". „To były czasy wspominał podporucznik K. - zwerbować można było prawie każdego, ale wówczas przesłuchujący bawił się na oczach zatrzymanego ostentacyjnie tetetką , a w szafie na stojaku stał pepees z żelazną kolbą". Porucznik Marian Ch. opowiadał wiele razy, jak to w grudniu 1970 r. powstrzymał buntujących się „zamechowców" wymachując im przed nosami pistoletem!
We wspomnianej szafie służbowej znalazł też dwie legitymacje o nadaniu Krzyża AK przez londyński Rząd RP na Uchodźstwie. Zostały one przejęte przez wydział perlustracji korespondencji (W), nadchodzącej do „członków byłego wrogiego podziemia po-AKowskiego". Była tu m.in. legitymacja dla gen. Bolesława „Nieczui" Ostrowskiego z Elbląga oraz egzemplarze „Sucziastnika", pisma nadsyłanego z Kanady dla jednego z lokalnych działaczy Ukraińskiego Towarzystwa Społeczno - Kulturalnego. Mniejszość ukraińska, a zwłaszcza b. członkowie OUN-UPA byli także w zainteresowaniu pionu III SB.
Po dwudziestej drugiej ponownie zadzwonił kapitan M. i w kategorycznych słowach zażądał powrotu L. do Elbląga. „Powiedziałem już Panu, że tu mojego syna nie ma" - usłyszał krótką odpowiedź. Po tym nerwowym telefonie rodzinna rozmowa podjęta została od nowa, ale wszystkich dręczyło pytanie: „Co tam się dzieje i co oni ćwiczą?" Nikt nie potrafił sobie tego racjonalnie wytłumaczyć. Kończąc te rozważania i układając się do snu powiedział: „Znowu nadchodzą ciężkie czasy, więc pamiętaj, że nigdy nie warto być nadgorliwym i lepiej umorzyć jedno postępowanie z powodu nie wykrycia sprawcy, niż biciem skutecznie je zakończyć".
Dobrze po północy L. położył się również spać, ale nie dane mu było tradycyjnie poleżeć sobie dłużej tego niedzielnego poranka. Już około wpół do siódmej rano zbudził go ojciec ze słowami: „Wstawaj, Jaruzelski przemawia, wprowadzono stan wojenny w Polsce!"
Informacja ta podziałała jak wiadro zimnej wody na L., który postanowił natychmiast zadzwonić do komendy w Elblągu. Niestety - telefon milczał jak zaklęty. Nie mogąc się skupić na monotonnych wywodach generała, postanowił szybko wracać samochodem ojca, ale dojechał tylko do centrum wsi. Droga w kierunku miasta P. i D. była zablokowana przez niekończącą się kolumnę wojskowych samochodów ciężarowych i czołgów. Dopiero po dobrych kilku godzinach można było wreszcie wyjechać.
Droga do Elbląga była lekko ośnieżona i tym samym śliska, tak więc jazda przedłużała się, tym bardziej, że w obie strony jechały samochody wojskowe i milicyjne. Około godziny dwunastej w południe porucznik L. zameldował się w swoim wydziale. W pokoju służbowym panowała cisza, a kolega z którym dzielił to pomieszczenie, spał w fotelu. W innych pokojach było to samo. Nadszedł kapitan M. „Sam skreśliłeś się z premii, a nie wiadomo, czy nie będziesz jeszcze ukarany"- usłyszał L.
Wkrótce, po rozmowach z kolegami, por. L. zaczął poznawać zdarzenia minionej nocy i ranka. Przed dwunastą cały stan osobowy komendy poderwany w trybie alarmowym, ruszył w teren, na domy i ulice. Większość funkcjonariuszy z szarymi kopertami zawierającymi decyzję o internowaniu i krótkim uzasadnieniem z „podstawą prawną", podpisaną przez komendanta wojewódzkiego płk Zbigniewa S., w towarzystwie milicjanta z ruchu drogowego oraz żołnierza służby czynnej (w pełnym oporządzeniu, łącznie z KBK-AK). Cel - przeprowadzenie internowań w mieście, a również w Malborku i Kwidzynie. Tylko w Braniewie było spokojniej i nie internowano tam nikogo. Tu i ówdzie dochodziło do dramatycznych sytuacji, niejednokrotnie używano siły by internowanego doprowadzić do milicyjnej „Nyski", czy radiowozu, zdarzało się również, że wyłamywano drzwi z futryną. Już w ciągu dnia - 13 grudnia - bezmyślnie zdewastowano siedzibę „Solidarności" w Elblągu i znajdujący się tam sprzęt.
Porucznik L. otrzymał polecenie stałego noszenia broni służbowej, kajdanek i RMG oraz zgłoszenia się do pionu śledczego. Lekko zdenerwowany założył pod pachę kaburę operacyjną i włożył doń P-64, założył swój stary płaszcz zimowy i wyszedł.
W pionie śledczym zastał kierownika tego działu, który przybył do Elbląga gdzieś tam ze Śląska. Małego intelektem człowieczka z kpiącym uśmieszkiem, z włosami zaczesanymi „na tzw. pożyczkę", któremu zdawało się, że z racji zajmowanego stanowiska jest silny i wielki, a wszyscy wiedzieli, że w rzeczywistości był zgoła „formatem kieszonkowym". Cieszył się bardzo, że wreszcie mógł zaistnieć, wydając tak ważne decyzje, a przy tym siedząc sobie wygodnie za biurkiem, w ciepłym pokoju, gdy tymczasem szeregowcy musieli je bez szemrania realizować. Wręczył porucznikowi trzy szare koperty z decyzjami o internowaniu, z krótkim komentarzem, by „zrobić to skutecznie". Następnie wstając, prawie że wypchnął z pokoju porucznika, gdyż śpieszył się do kantyny zwanej barem „Pod Pałami", na obiad, który tego dnia był bardziej obfity niż zwykle.
Na korytarzu komendy L. zastał rosłego wzrostem milicjanta z drogówki w towarzystwie nieco przestraszonego żołnierza służby czynnej, skromnej postury, ale w pełnym rynsztunku - z „Kałasznikowem". W trójkę ruszyli oznakowanym radiowozem przez smutne i opustoszałe miasto, gdzie pojedynczy przechodnie przemykali szybko do swych domów, a wszędzie było widać milicyjne patrole. Pod pierwszymi dwoma adresami nie zastali nikogo, chociaż z atmosfery i zachowania domowników można było wywnioskować, że adresaci szarych kopert zostali na czas poinformowani o zbliżaniu się trójki niezbyt mile widzianych tego dnia gości.
Zgoła inna sytuacja była natomiast pod trzecim adresem, gdzie do internowania był przewidziany młody robotnik z „Zamechu", którego „przebywanie na wolności groziło zagrożeniem ładu, porządku i bezpieczeństwa publicznego". Ku swojemu zaskoczeniu, w mieszkaniu „wroga publicznego" zastali kilkanaście osób. Wkrótce okazało się, że dziecko „zamachowca" miało w niedzielę 13 grudnia 1981 r. uroczyste chrzciny. Sytuacja stała się dla obu stron nie do pozazdroszczenia. Porucznik L. matowym, drżącym głosem, odczytał decyzję o internowaniu, jej uzasadnienie oraz podstawę prawną - Dekret o Stanie Wojennym z dnia 12.12.1981 r. Jeden ze współbiesiadników zapytał, co to jest ten dekret i gdzie można się zapoznać z jego treścią. Niestety, L. też nie znał tego dokumentu, więc w pokrętnym tłumaczeniu powiedział, że prawdopodobnie ukaże się on w poniedziałkowej prasie. Jednak już późnym niedzielnym popołudniem zaczęto na słupach ogłoszeniowych rozklejać obszerne plakaty z treścią nieznanego nikomu, a tak ważnego dekretu. Internowany młody robotnik pożegnał się z najbliższymi, po czym wziął dziecko na ręce, podszedł do żony i przytulił oboje na długą chwilę do swej twarzy, po której zaczęły lecieć mu ciurkiem łzy. W mieszkaniu nastała dramatyczna cisza.... Następnie zdjął obrączkę z palca i oddał ją żonie. Zapytał, gdzie jedzie, czy ma wziąć ciepłe odzienie, papierosy, pieniądze itp. Tu również porucznik L. nie mógł mu nic konkretnego odpowiedzieć, ponieważ sam nie miał bliższego pojęcia o technicznych szczegółach internowania.
Samo internowanie miało spokojny przebieg, toteż obyto się bez kajdanek. Zatrzymanego przewieziono do komendy, a następnie został skierowany do jednego z obozów internowania. Porucznik sobie tylko znanymi kanałami interesował się jego losem i później dowiedział się, że prawdopodobnie jacyś nadgorliwcy z pionu ochrony przemysłu zaplanowali to internowanie na wyrost, bowiem zatrzymany został zwolniony w pierwszej turze i już święta Bożego Narodzenia mógł spędzać razem z rodziną.
14.12.1981 - poniedziałek. Wieczorem por. L. odebrał z dworca swoją żonę M., która wróciła z synkiem z Torunia. Była cała zapłakana i roztrzęsiona. „Zwolnij się z tego bagna, ja już dłużej nie wytrzymam" i „cała Polska chyba dzisiaj płacze" - brzmiały jej pierwsze słowa.
Sporo czasu minęło nim się wreszcie uspokoiła i można było odtworzyć przebieg zdarzeń, których stała się mimowolną uczestniczką i świadkiem.
Otóż w Toruniu przyjaźniła się z sąsiadem, który nad mieszkaniem jej matki przysposabiał strych na przytulne lokum dla swej żony, która spodziewała się dziecka. Niekiedy przychodził pożyczać narzędzia lub po prostu porozmawiać. Był to Tadeusz S. działacz „Solidarności" w toruńskim „Polmozbycie". Ten fakt nie przeszkadzał w prowadzonych rozmowach, ponieważ był on dobrze wykształconym i oczytanym człowiekiem.
Późnym wieczorem 12 grudnia M. jeszcze nie spała. Było już parę minut po północy, gdy nagle ciszę nocną rozdarł krzyk mężczyzny wołającego „Ratunku! Na pomoc! Bandyci! Puśćcie mnie!" Nie zastanawiając się ruszyła z matką i siostrą do wyjścia na klatkę schodową. Tam ujrzały wyprowadzanego, a właściwie ciągniętego na siłę z czwartego piętra Tadeusza S. Dwóch milicjantów, jeden w zwykłym mundurze, drugi z drogówki, wlokło bosego, ubranego w krótkie spodenki sąsiada. Za nimi szedł jeszcze jeden mężczyzna w cywilu. Wyżej, na półpiętrze stała w negliżu, w zaawansowanej cięży, głośno płacząca żona, obejmując rękoma brzuch w obronnym geście. Naprzeciwko kobiet stała też sąsiadka z ich piętra - pani I.
We cztery zaczęły jednocześnie krzyczeć, by puścili S. Padały mocne słowa: „Gestapo, esbecy, zbrodniarze!" Mężczyźni byli uzbrojeni, ale nie zwracały na to uwagi. Na odgłos krzyków, piętro niżej dołączyła do nich następna sąsiadka - R., żona byłego członka AK., wykrzykując również obraźliwe słowa pod kierunkiem przybyszów. Żadna z nich nie rozumiała, co chcieli oni o północy od prawie nagiego i bezbronnego człowieka. Zagroziły, że nie pozwolą wyjść z zatrzymanym, a M. przypomniała sobie w tym momencie, że dostała od męża gaz łzawiący. Bez wahania pobiegła w głąb mieszkania i po chwili stała przed mężczyznami. Wyciągnęła rękę przed twarz jednego z nich i trzymając palec na przycisku, zdeterminowanym głosem powiedziała: „Jeśli nie puścicie go, użyję gazu!"
W tym momencie nie zdawała sobie sprawy z tej tragikomicznej sytuacji. Tego co nastąpiło, nie spodziewała się M., ani sąsiadki. Mężczyźni zdenerwowani, ale zaskoczeni obrotem sytuacji, o dziwo puścili zziębniętego Tadeusza S. wygrażając, że jeszcze wrócą po niego i „po blondynę". M. zadecydowała z matką, że przechowają go w jednej z szaf. Następnego dnia, w przebraniu i w peruce na głowie Tadeusz S. udał się do pobliskiego zakonu redemptorystów. Prosił o pomoc i możliwość zatrzymania się u nich na jakiś czas, opowiedział o swych przeżyciach. Zakonnicy odmówili pomocy.
Do końca stanu wojennego ukrywał się u przyjaciela, następnie skorzystał z okazji do emigracji i wyjechał z żoną i nowonarodzonym dzieckiem do Austrii, skąd przysłał M. pozdrowienia „zza żelaznej kurtyny". Później wyemigrował na stałe do Australii.
16.12.1981 - środa. Po południu porucznik L. otrzymał poufne zadanie. Miał zawieźć służbowym fiatem swego pryncypała na „bardzo ważne spotkanie z osobowym źródłem informacji". Oczywiście szef miał do dyspozycji kierowcę, ale spotkanie musiało odbyć się w ściśle konspiracyjnych warunkach i stąd to polecenie.
Porucznik słyszał co nieco o tym tajnym współpracowniku, który był tak ważny, że kilkakrotnie zmieniano mu operacyjny kryptonim, a zarejestrowano na dane osoby już dawno nie żyjącej. TW nie pisał żadnych informacji, ani nie podpisywał dokumentów i pokwitowań. Taka sytuacja operacyjna była dla pryncypała bardzo wygodna, gdyż mógł się dzielić pospołu funduszem operacyjnym „zero" przeznaczonym na obsługę tego źródła. Zwierzchnicy nie wymagali żadnych pokwitowań i zdawali się na oficerską uczciwość pryncypała, który spotkania w MK rejestrował zawsze na minifonie. Jak się później okazało, to mieszkanie konspiracyjne było „dodatkowo" na podsłuchu (PP), zgodnie ze starą zasadą bolszewickiej czerezwyczajki - zaufanie jest dobre, ale kontrola jeszcze lepsza. Po każdym takim spotkaniu naiwny pryncypał biegł z minifonem natychmiast do pułkownika „Bełkota", nie wiedząc o tym, że jego treści są już paru osobom w komendzie znane!
Udali się więc razem w kierunku gęsto zabudowanej, północnej dzielnicy miasta. Tu pryncypał opuścił fiata i klucząc, by nawet jego oficer-kierowca nie widział dokąd podąża, przeszedł jeszcze kilkaset metrów pieszo. Był wyraźnie z tego faktu niezadowolony. Ufał porucznikowi, ale niestety - odnośnie tego tajnego współpracownika zasady konspiracji były przestrzegane według najostrzejszych reguł.
Nudząc się przedłużającym spotkaniem, L. słuchał na przemian rozmów samochodowej radiostacji na paśmie SB oraz radia. Punktualnie o godzinie 16,oo Polskie Radio Program I podało lakoniczny, suchy komunikat o tragicznych wydarzeniach w Kopalni „Wujek". Brzmiał on mniej więcej tak: „Dziś w Kopalni „Wujek" za sprawą strajkujących i okupujących kopalnię górników doszło do rażącego naruszenia porządku publicznego. W czasie usuwania okupujących kopalnię górników, użyli oni wobec interweniujących funkcjonariuszy ZO MO narzędzi ogólnie uznanych za niebezpieczne i zagrażające życiu i zdrowiu. Funkcjonariusze byli zmuszeni do użycia broni palnej. Podczas przywracania porządku zostało rannych dwudziestu czterech funkcjonariuszy ZO MO , w tym trzech ciężko. Zginęło dziewięciu górników, a kilkunastu odniosło rany".
Cynizm podanej w ten sposób informacji zszokował porucznika. Po władzy, która wprowadziła stan wojenny nie można było spodziewać się wiele dobrego, ale żeby życie poległych górników było mniej ważne niż rannych zomowców? Jednocześnie z niepokojem pomyślał sobie: „A więc się zaczęło, są pierwsi zabici, czy teraz cała Polska stanie w ogniu?"
Te rozmyślania przerwał mu pryncypał, który wielce uradowany i na rauszu wparował do fiata. „Szybko do komendy! Pułkownik czeka, teraz to ja ich zwalę z nóg"! Biedaczysko nie zdawał sobie sprawy, że tam już wszystko wiedzieli, nawet ile kieliszków dzisiaj wypił.
17.12.1981 - droga z Elbląga do Gdańska. Późnym wieczorem pojechał porucznik L. nieoznakowanym wydziałowym fiatem do Gdańska, zawieźć swego pryncypała do domu. Był to człowiek jakich wówczas w SB było wielu. Za młodu przeciętny aparatczyk młodzieżowy, a po studiach partyjnych szukając polepszenia zwłaszcza swej sytuacji finansowej, skierował się do SB. Tu również nie wyróżniał się niczym, może tylko tym, że uwielbiał opowiadać niestworzone historie, łgać „w żywy kamień", ponieważ wydawało mu się, że epatuje ich treściami swoich prowincjonalnych podwładnych. No i oczywiście nie wylewał za kołnierz.
W Elblągu znalazł się parę lat po reformie administracyjnej z 1975 r., jak wielu innych „fachowców" z Gdańska. Miejscowi określali ich mianem „czwartego garnituru", ludźmi pośledniego rzutu, którzy stamtąd wylecieli po różnych podpadkach, albo awansowali do Elbląga na zasadzie układów. Było ich tak dużo, że uruchomiono stały autobus, który całe to towarzystwo codziennie przywoził i zawoził do Gdańska. Autobusem marki „Jelcz" powoził ziomek porucznika, który po skończonej jeździe tradycyjnie mawiał „koła pryk, zachwycim po jednym". Po takim jednym otwierał z reguły swój nieodłączny akordeon, na którym rzępoląc niemiłosiernie wygrywał stare, partyzanckie przeboje, na ogół z czasów walki o „utrwalanie władzy ludowej".
Nie wiadomo było dokładnie w jaki sposób znalazł się w Elblągu pryncypał porucznika L. Ale „wieść gminna niosła", że pewnego razu, jeszcze na Okopowej w Gdańsku, wypił co nieco za dużo i zamiast do WC wszedł omyłkowo do jednego ze służbowych pokoi, a tam akurat wysoki oficer esbecji folgował sobie na biurku z sekretarką.... Niewygodnego świadka zesłano więc na elbląską prowincję. Ale tutaj nie zaznał długo spokoju. Swojego oprawcę, czyli tego od zsyłki spotkał już po stanie wojennym w Elblągu, gdy tamten został zastępcą szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych ds. Służby Bezpieczeństwa!
Był to niezwykle prymitywny typ, który swoje pierwsze ubeckie kroki stawiał w słynnej szkole NKWD w Kujbyszewie, pod patronatem takich asów czerezwyczajki jak Merkułow, Diakonozow, Abakumow i oczywiście Ławrentij Beria. Już w Polsce „walczył z reakcyjnym podziemiem, utrwalał władzę ludową, wierny na śmierć i życie przewodniej sile narodu". Typ, który do końca miał podstawowe problemy z ortografią i poprawnym formułowaniem zdań w języku polskim - nawet z jednym podmiotem i orzeczeniem! Chodziły pogłoski, że jak każdy absolwent Kujbyszewa, także on był automatycznie zwerbowanym przez NKWD - zaraz po ukończeniu tej kuźni czekistów na eksport. Miał jako takie zacięcie operacyjne i jakiegoś „kopa" u władz nadrzędnych, mimo że był niesamowitym prostakiem i zbłaźnił się nawet na placówce w Jugosławii. W Elblągu grał wielkiego asa bezpieki, szczególnie podczas tzw. szkoleń operacyjnych dla młodych funkcjonariuszy. „Osiągnięcia operacyjne" tego pułkownika były doprawdy imponujące! Opowiadał np. jak to w latach „późnego Bieruta" zakładał podsłuch pewnemu biskupowi i musiał z kolegami-ubekami kopać 400-metrowej długości rowek, by położyć kabel! A tu okazało się, że biskup ma dwa groźne psy za ogrodzeniem. Ale i na to znalazł „po dogłębnym myśleniu operacyjnym" sposób. Otóż tym groźnym psom podesłano służbową sukę, która miała akurat... cieczkę (!) i skutecznie odciągnęła uwagę biskupich brytanów! Poziom inteligencji tego „pułkownika z SB" w lapidarny, kabaretowo-humorystyczny sposób opisał ks. dr M. Józefczyk w wydanych w 2005 r. wspomnieniach „W połowie drogi".
Ale ad rem. Tegoż grudniowego dnia pryncypał również „wypił o pół wiadra za dużo" i zażyczył sobie, by go odwieźć do domu, bowiem autobus już parę godzin temu odjechał. Ruszyli więc późnym wieczorem trasą E-7, która tego dnia była przeraźliwie pusta. Do Gdańska nie mijali po drodze żadnego cywilnego pojazdu! Natomiast już w Kazimierzowie spotkali posterunek blokujący trasę, z kilkoma uzbrojonymi po zęby żołnierzami i z karabinem maszynowym gotowym do strzału na opancerzonym BTR. W poprzek jezdni przerzucona była masywna kolczatka. Pokazali przepustkę i ruszyli bez przeszkód dalej.
Porucznika L. interesował most na rzece Linawie, gdzie poprzedniego dnia doszło do tragedii, skrzętnie pomijanej w oficjalnych komunikatach. W jednym z czołgów jadących w długiej kolumnie z elbląskich koszar przy ulicy Grottgera do Gdańska, zerwała się prawa gąsienica. Czołg przesunął się automatycznie w prawo, na rant mostu, a następnie spadł „na plecy" do rzeki. Załoga czołgu - czterech młodych żołnierzy nie miała żadnych szans uratowania się. Natomiast dolny właz ewakuacyjny był nie do otwarcia.... Wówczas prawdopodobnie ten czołg spoczywał jeszcze na dnie Linawy .
Czołg wydobyto dopiero po kilkunastu godzinach (wtedy armia miała „ważniejsze sprawy do załatwienia") i przetransportowano do Elbląga, gdzie go rozmrożono i wydobyto zwłoki żołnierzy .
Na rozgwieżdżonym niebie świeciły już wysoko gwiazdy i była jasna noc, gdy porucznik L. dojeżdżał wreszcie fiatem do Przejazdowa. Tu ponownie blokada trasy, tym razem przy użyciu dwóch pojazdów opancerzonych BWP. Przepustka i można jechać dalej.
Na wysokości rafinerii, po prawej stronie dojrzał niekończącą się kolumnę czołgów, samochodów opancerzonych, wojskowych ciężarówek itd. Większość czołgów miała lufy skierowane na strajkującą jeszcze rafinerię. Zmarznięci żołnierze ogrzewali się przy koksownikach, a niektórzy palili nawet ogniska na poboczu drogi. Błyski ognia, dym, długie, koszmarne cienie żołnierzy na tle nieba, zabudowań oraz czołgów robiły niesamowite i przygnębiające wrażenie.
Pryncypał przeraźliwie chrapał rozwalony na tylnym siedzeniu, z czego L. był w sumie zadowolony, gdyż jego banialuk na ten dzień miał już po dziurki w nosie. W Gdańsku na Okopowej i dalej, w stronę komitetu partii, cała ulica pokryta była kamieniami, resztkami desek, ławkami, koszami na śmieci, pustymi opakowaniami po gazach łzawiących itp. Tu się dzisiaj działo! - pomyślał L. A teraz żadnego żywego ducha, zimno i głucho wszędzie - nawet zomowskie patrole gdzieś się pochowały, jedynie zegar na dworcu głównym odmierzał wolno czas godziny milicyjnej.
A więc „Czas Apokalipsy" zaczął się na dobre, nie tylko w kinie „Moskwa" w Warszawie .... .
Tydzień przedświąteczny. Korzystając z dnia wolnego po całodobowej służbie por. L. dał się namówić dobremu znajomemu na wyjazd „po rąbankę". Zbliżały się bowiem święta, wszystko na kartki, w sklepach pustki, a w kantynie milicyjnej trzeba było godzinami stać w kolejkach, by cokolwiek kupić. Przedwczoraj L. stał cierpliwie dwie godziny, by kupić kilogram owoców cytrusowych i pół kilo cukierków - irysów! Godzinę trwały zakupy (?) w kasynie milicyjnym, gdzie rzucono koszule non iron - dwa sorty: białe i niebieskie! Każdy podchodzący do naburmuszonej gniewnie ekspedientki rzucał tylko dwa słowa: niebieska - 42!
Namawiający kolega był z zawodu masarzem i akurat tak się zdarzyło, że jego ojciec uchował mu dorodnego świniaka, którego trzeba było tylko na umówiony sygnał zaszlachtować, poćwiartować i przywieźć do Elbląga. Niby nic łatwiejszego, ale świniak był w okolicach Żuromina, a na drogach dojazdowych wiele blokad wojskowych! - „Masz przecież kwit na węgiel" - i na pewno damy sobie radę! Tym kwitem była oczywiście legitymacja oficera SB, która w totalnie spacyfikowanym kraju robiła wrażenie.
Śnieg padał nieustannie, a wszystkie pola pokryte były sporą warstwą białego puchu. Jakież będą te „wojenne" święta Bożego Narodzenia - zastanawiał się por. L.? Z zadumy wyrwał go głos masarza, który wyjmując koło zapasowe ze swego Golfa, który był wówczas jedynym egzemplarzem tej marki w mieście, powiedział z zadowoleniem: „Tu nawet 130. kilowy świniak wejdzie!"
Wybrali się więc wczesnym rankiem w długą drogę, badając przy okazji trasę, którą mieli później z rąbanką wracać. Po drodze minęli dwie blokady, a trzecia, największa była przed wjazdem do Ostródy, gdzie właśnie opuszczali główną trasę. Masarzowi trochę zrzedła mina, gdyż możliwość utraty mięsnego zaopatrzenia świątecznego stała się bardzo realna. Żołnierze z tej blokady zatrzymywali bowiem wszystkie samochody, sprawdzali przepustki, a przede wszystkim zawartość bagażników! Por. L. machinalnie sprawdził, czy ma pod pachą w kaburze operacyjnej swój P-64. W czasie kontroli pokazał ostentacyjnie swój „kwit", a żołnierze zasalutowali i nawet nie zajrzeli do bagażnika! Uradowani tą sytuacją jechali dziarsko w kierunku Żuromina. Tam sprawy poszły nadzwyczaj szybko i obaj posmakowawszy świeżynki oraz dobrego bimbru - ruszyli w drogę powrotną. Obszerne miejsce po kole zapasowym wypełniała połówka świniaka - druga została dla rodziny.
Nastała piękna, jasna grudniowa noc, a niebo rozświetlały liczne gwiazdy. Czas upływał na beztroskich rozmowach, ale im bliżej było do Ostródy, tym bardziej masarz zdradzał nerwowe ruchy. Przejechali miasto i skierowali się do stacji benzynowej CPN, która była na wylocie do Elbląga.
Niestety - zjazd za stacją zagradzały biało-czerwone półzapory! Zaciągnęli „języka" na stacji, gdzie pompiarz powiedział, że trzeba się wrócić do głównego wjazdu do miasta i skierować się na Elbląg. Propozycja była nie do przyjęcia, gdyż tam znajdowała się właśnie blokada! Por. L. poszedł więc sprawdzić te półzapory i wnet stwierdził, że nie są one tak ciasno ustawione, a jadąc „slalomem" można tędy wyjechać na trasę i ominąć kontrolę! Wsiedli do Golfa i masarz ruszył z kopyta! Samochód podczas tego szaleńczego slalomu zaczął bujać potężnie na obie strony, zapory przelatywały obok, a niektóre przewracały się. Wypadli na trasę główną, samochód pędził rycząc na dużych obrotach, a masarz krzyknął: „Strzelają?!"
W wielkich nerwach opuszczali Ostródę kierując się na Piławki, a silnik Golfa nadal niemiłosiernie wył. „Dwójka, kur...a dwójka"! - krzyczał L. do śmiertelnie bladego ze strachu kierowcy. Ten wreszcie pojął o co chodzi, podwyższył biegi i silnik zaczął normalnie pracować. O północy osiągnęli Elbląg. Za parę dni masarz przyniósł prezent świąteczny - dużą, fachowo uwędzoną szynkę!
(ciąg dalszy w następnym numerze)
Lech Słodownik
* Armii Czerwonej 106 - obecnie ul. Królewiecka 106.
* RMG - Ręczny Miotacz Gazowy (w aerozolu).
* TT - pistolet produkcji rosyjskiej. Skrót „TT" oznacza „Tulskij Tokariew".
* Pepees - pistolet maszynowy produkcji rosyjskiej.
* ZO MO - Zmotoryzowany Odwód Milicji Obywatelskiej. Kierowano tu na ogół żołnierzy po tzw. unitarce, którzy w pododdziałach ZO MO odbywali dalszą część służby wojskowej. Z uwagi na liczne przypadki brutalnego traktowania demonstrantów i zatrzymanych, ZO MO nazywano „bijącym sercem partii".
* Według mieszkającej kilkaset metrów od mostu Krystyny Magiera - czołg wydobyto dźwigami dopiero po trzech dniach. Na moście na rz. Linawa stoi dzisiaj żelazny krzyż z napisem:
Pamięci
Żołnierzy Czołgistów
1 Warszawskiego Pułku Czołgów
im. Bohaterów Westerplatte
którzy w tym miejscu zginęli tragicznie
w czasie wykonywania zadania
Ppor. Marian Pudlak
Sierż. Henryk Kosno
Sierż. Wiesław Stankiewicz
Sierż. Roman Tofiluk
W 12 rocznicę śmierci
Cześć Waszej Pamięci!
1993.12.16
U podnóża krzyża położono kawałek żelaznej gąsienicy czołgowej.
Komentarze: 0
Kontakt: Jerzy Przedpełski 604070973
W sprawie reklam: Anna Włodarska 605729591, e-mail: angie.aw@vp.pl
Adres: Pasłęk, ul. Chrobrego 7 (ratusz), e-mail: redakcja@glospasleka.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Realizacja: Paweł Pepel | www.paweu.com
System CMS dostarcza firma Net P.C.