27 maja 2019 Augustyna, Juliana, Magdaleny

Moja mołdawska Wielkanoc

dodał Ponad miesiąc temu, 2019-04-13
 Moja mołdawska Wielkanoc

W obliczu nadchodzących Świąt Wielkanocnych chciałem wspomnieć moją mołdawską Wielkanoc (Paschę) z 1991 roku. I wyjaśniam od razu, że Pascha to  tradycyjna potrawa wielkanocna w południowej Rosji i na Ukrainie, tzw. chleb wielkanocny. Pojechałem wówczas do Kiszyniowa, do Mołdawii. Mój znajomy Alexander A. (Mołdawianin) i jego żona Ludmiła ("Luda", Rosjanka) zaprosili mnie na Święta Wielkanocne. Znaliśmy się już kilka lat wcześniej a ja gościłem ich w Elblągu, gdzie pomogłem im sprzedać rewelacyjne (na tamte czasy) autko "Tavria" z 5-cio biegową skrzynią biegów ! U nas, w Polsce, było wówczas ciężko. Ale przecież tam, w Mołdawii, było jeszcze gorzej. Tymczasem Alexander (Sasza) tej trudnej sytuacji w ogóle nie odczuwał. Sasza był bowiem wysokim oficerem kiszyniowskiej milicji drogowej (GAI). A tam milicja drogowa była na warunkach "udzielnego księstwa". Nie tylko wlepiała mandaty i kary, ale prowadziła również kursy nauki jazdy, postępowania w wypadkach drogowych, wydawała dowody rejestracyjne, zabierała te dokumenty itd. Nic dziwnego, że Sasza w miejscu pracy miał nawet adiutanta. W sumie prymitywnego Rosjanina, w wiecznie zakurzonych butach z cholewkami, który przechwalał się że "był w Afganistanie i ubił jednego Mudżahedina". W czasie mojego tygodniowego pobytu w Kiszyniowie w domowym życiu Saszy zauważyłem pewien schemat. Wracał do domu późnym popołudniem, mocno zmęczony. Na stole stawiał swoją dyplomatkę ze słowami: "Luda, pospriataj eto" (Ludmiła, posprzątaj to). A w dyplomatce Saszy mieściło się dokładnie 7 smukłych, drogich koniaków. Ludmiła "spriatała" pokornie te koniaki do pakamery, wśród brzęku innych, zmagazynowanych tam wcześniej koniaków, szampanów, win etc. A w tym czasie zmęczony Sasza opróżniał kieszenie swojego munduru z plików banknotów rubli, przewiązanych zwykłą gumką. Było tego zawsze dużo. Luda upychała te banknoty w szafkach tandetnego segmentu, zajmującego główne miejsce "w salonie". Delikatnie zapytałem: "Sasza, nie boisz się że kiedyś ktoś na ciebie doniesie ?" - On spokojnie odpowiedział: "Izwienitie Lech, mnie eto ludi dali". Kilka lat później, gdy zadzwoniłem do Kiszyniowa, telefon odebrała Luda. W pewnym momencie pytam: Luda, a co robi Sasza ? - Ona odpowiada: Sasza płacze. Pytam dlaczego ? - Sasza awansował do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Mołdawii. Szybko wyrzucam: "to gratuluję !" Luda smutnie odpowiada: Lech, ale Sasza chce wrócić na dawne stanowisko... Okazało się, że tam w tym ministerstwie Sasza został odcięty od "prawdziwych dochodów". Płakał, pisał raporty i w końcu po kilku miesiącach wrócił szczęśliwy na dawne stanowisko. Z miejsca kupił obszerny dom. Dzwonię i pytam: "Sasza, a ile ten Twój dom ma pokoi ?" - On odpowiada: "Ja dołżen ich poszcitat"...

Wracając do mołdawskiej Paschy z 1991 roku. Sasza zaprosił mnie do swoich rodziców, do wsi Varnita leżącej nad brzegiem Dniestru, ok. 50 km na południe od Kiszyniowa. Po drugiej stronie rzeki był już Tyraspol, a jeszcze dalej była Połtawa, gdzie w bitwie z 1709 r. król szwedzki Karol XII dostał się do carskiej (rosyjskiej) niewoli. To było niesamowite wrażenie: nasza Wisła przy Dniestrze wygląda tak jak rzeka Wąska przy Dunaju ! Natomiast wieś Varnita była biedną, mołdawską wsią. Ale tutejsza gościnność była podobna do polskiej. W pierwszy dzień Paschy ("Chrystos woskres" !) złożyliśmy sobie życzenia i o czwartej rano poszliśmy do cerkwi. Diakon, zażywny jegomość, miał rodzinę: żona i czwórka dzieci. Msza trwała ponad trzy godziny. Jak wspomniałem wyżej, w Mołdawii panowała powszechna bieda, ale ówczesne "mołdawskie święconki" mocno mnie zszokowały. Do poświęcenia, na plac przed cerkwią, przyniesiono nie jakieś tam skromne koszyczki jak u nas, lecz duże misy z jedzeniem a nawet wanny ! Między nimi były ścieżki którymi chodził diakon i wszystko święcił. Zauważyłem, że Sasza zdradzał lekką nerwowość. Był przecież majorem GAI (nasz „ruch drogowy”) i w cerkwi bywał rzadko. Lubił pojeść i popić a tu diakon mocno „przynudzał”. Jeszcze przed rozpoczęciem paschalnej mszy Ludmiła ("Luda") dała mi jednego rubla „na szczęście” – by go diakon poświęcił. Mam tego rubla do dzisiaj. Ma on już swoje „elbląskie” 28 lat (!). Nie raz i nie dwa przekonałem się, że przynosi mi szczęście. Dowód: W dniu 13.11.1994 r. miałem ciężki wypadek samochodowy. Trzy dni bez przytomności na OIOM. Wyszedłem z tego. Minęło pół roku i wreszcie opuściłem szpital. Volens nolens zbilansowałem swoje życie, mając świadomość tego że urodziłem się na nowo. A racjonalnie myśląc, skierowałem moje życie na nowe tory. Wróciłem do wyuczonego zawodu i mojej wielkiej pasji: historii.  I tak jest do dzisiaj. A Pascha w Mołdawii? – To były jedne z moich najciekawszych Świąt Wielkanocnych ! W domu u rodziców Saszy jedzenia było w bród, a wino – mój Boże, mołdawskie, czerwone wino ! We wsi szybko „poszły wici” że oto u Saszy ojca (nauczyciel z zawodu) jest Polak. I tamtejszym zwyczajem każdy kto chciał przyjść do Saszy rodziców i porozmawiać – musiał przynieść dzban czerwonego wina, na powierzchni którego pływały liście mięty…! Jako Polak starałem się trzymać fason... Ale, jak tu trzymać fason, gdy każdy chciał się ze mną napić wspaniałego mołdawskiego wina ! Zdawałem sobie sprawę z tego, że muszę trzymać honorową rolę ambasadora wielkiego kraju z którego pochodził "rimski papa" i Lech Walesa"!... -  Po paru godzinach „jadła i wypitki” Sasza zadysponował mi świetne, żelazne łóżko na sprężynach, wyłożone wygodnym materacem. Zległem na nim jak "stary Franz-Joseph"... Wieczorem, jadąc Ładą "Niva" w kurzu i po dziurawych drogach, dotarliśmy do Kiszyniowa. „La rewedere” (do widzenia) moi mołdawscy kochani przyjaciele - jeszcze do Was przyjadę ! (P.S. – Napiszę o pobycie (pod ziemią) w słynnym (podkiszyniowskim) Krikowie, gdzie produkują wina, szampany (kiedyś "Sovietskoje Igrustnoje" itd.) oraz wspaniałe koniaki. Napiszę, jak per Odessa, wracałem pociągiem do Przemyśla, pociągiem w którym Ukraińcy (nazywani przez sowietów - "chachły") pili samogon i zakąszali czosnkiem, a ja spałem w kuszetce na najwyższe kondygnacji (!).
A zdjęcia do mojego tekstu ? - To wspomniany jeden rubel i zdjęcie zrobione 27.3.2016 r. w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Moja Rodzina i Rychliki (d. Reichenbach). Polna droga Rychliki – Domki. Ładna pogoda. Cóż więcej można wymagać ? Czego więcej można oczekiwać? Po prostu trzymać się kanonów zawartych chociażby w pięknym szlagierze Stanisława Soyki „Tango Memento Vitae”: ... Modlić się, pracować, starszych szanować i cieszyć się, cieszyć się… - Tak, szanować i cieszyć się bo czas szybko ucieka. Rodzina i jeszcze raz rodzina. Mój "rubel szczęścia" także tutaj jest. On ma już w moim portfelu 28 lat...

Lech Słodownik

 

0
0

Zaproszenie na wieczór autorski

Pozostało2 dni

Dyrekcja Zespołu Szkół im. Bohaterów Grunwaldu w Pasłęku oraz Adam...


XXI Warmińsko Mazurskie Dni Rodziny 2019

Pozostało5 dni

Burmistrz Pasłęka i Dyrektor Pasłęckiego Ośrodka Kultury zapraszają na XXI...


Konkurs Wokalny Talent 2019

Pozostało11 dni

Organizatorem XVI WOJEWÓDZKIEGO KONKURSU WOKALNEGO TALENT 2019 jest Pasłęcki...