8 lipca 2020 Edgara, Elzbiety, Eugeniusza

Gdy zarazy mówiły pasłęczanom „dobranoc”

dodał 2020-03-20
Gdy zarazy mówiły pasłęczanom „dobranoc”

Dziś Internet, kiedyś poczta pantoflowa – ludzie nigdy nie mieli problemów z przekazywaniem sobie informacji o nadchodzącej zarazie. Średniowiecze nie znało jednak szczepionek, a gdy w wioskach częściej gościł znachor niż lekarz, choroby łatwiej się rozprzestrzeniały. Efektem porażające do dziś statystyki, chociażby z połowy XIV wieku, gdy pandemia dżumy spowodowała śmierć 1/3 Europejczyków. W ciągu wieków epidemie nie omijały również Pasłęka.

Morowe powietrze? Nic nowego

Szpital św. Ducha dołączył do grona pasłęckich obiektów w przeddzień 100-lecia założenia miasta, w 1396 roku. Zdecydował o tym sam Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego, Konrad von Jungingen, który rozumiał, że rola władz nie kończy się na utworzeniu lecznicy. W związku z tym, szpital otrzymał do dyspozycji dwie słodownie pod zamkiem oraz kilka morgów ziemi. Lekarze zyskali też prawo do zbierania datków, a w 1404 roku Wielki Mistrz poszerzył szpitalne dobra o parafię w Rychlikach i dwie wsie. Nie dość na tym – załoga szpitala cieszyła się przywilejem wolnego łowienia ryb na Wąskiej i w stawie koło Marianki oraz prawem do bezpłatnego wypasu zwierząt hodowlanych. Sakwę szpitalną napełniały także odsetki od pożyczek udzielanych pasłęczanom.

Zyski schodziły jednak na dalszy plan, gdy wokół szalała zaraza – trwały element średniowiecznego i nowożytnego krajobrazu. Niekiedy mieszkańcom Pasłęka sprzyjało szczęście i epidemie pustoszące Elbląg czy Tolkmicko, omijały miasto szerokim łukiem. Sława Pasłęka, jako strefy wolnej od chorób, dotarła nawet do ostatniego krzyżackiego władcy, Albrechta Hohenzollerna, w 1549 roku chroniącego się tutaj przed czerwonką. Niestety, gdy już zaraza dotarła nad Wąską, nie oszczędzała nikogo i niczego – np. w 1629 roku ofiarą dżumy padło 33% mieszkańców (ponad 700 osób). Ile razy w Pasłęku gościło morowe powietrze? Przykładowo, w wiekach XVI-XVII Prusy nawiedziło 14 większych epidemii – nie wszystkie pojawiły się w mieście, ale nie sposób policzyć zaraz o mniejszym zasięgu. A co dopiero wcześniejsze stulecia…

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Szalejąca epidemia wymuszała na pasłęczanach szereg środków ostrożności. W pierwszej kolejności dotyczyły one izolowania się od chorych mieszkańców: domy z zarazą oznaczano kredą. Gdy nie udało się zapobiec nieszczęściu i pasłęczanin zmagający się z dżumą czy czerwonką umierał, rodzina również wiedziała, jak postąpić – należało spalić wszystkie ubrania zmarłego. Nie zaniedbano profilaktyki: zdrowi pasłęczanie w trakcie epidemii nie mogli organizować chrzcin i wesel, ograniczano także naukę w szkołach oraz zebrania publiczne. A gdy działania prewencyjne nie dawały rezultatu i pojawiały się nowe ogniska epidemii? Ostatnią nadzieję mieszkańcy pokładali w Bogu – wierzono, że wywołanie w kościołach silnych przeciągów rozpędzi zarazę.

Najczęściej z powodu epidemii umierali biedacy, ale nawet krzyżacki Wielki Mistrz nie mógł czuć się bezpieczny od zarazy. Ogromną wagę do zdrowia publicznego przywiązywał jeden z nich, wspomniany już Albrecht Hohenzollern, który zadbał o odpowiednie przygotowanie Pasłęka do potencjalnej epidemii. Zgodnie z zarządzeniami Albrechta, w razie zarazy nikt, nawet żołnierz, nie mógł przekroczyć progu warowni bez specjalnego zezwolenia. Izolacją mieli zostać objęci mieszkańcy zamku: obowiązywałby zakaz podróży do miasta, a nawet do zamkowej kuchni – służba donosiłaby posiłki bezpośrednio do komnat lub gabinetów. Co sobotę odbywałyby się kontrole zapasów żywności, a co środę mieszkańcy twierdzy mieli kąpać się przymusowo w zamkowej łaźni. Metody drakońskie, ale cel – zdrowie pasłęckich elit – uświęcał wszelkie środki.

Zarazy odesłane na śmietnik historii (do czasu)

Dziesiątki zmarłych to jedno, ale równie poważny problem stanowił ich pochówek. Zapewne nikt z własnej woli nie podjąłby się grzebania ofiar epidemii, regulowały to więc prawnicze paragrafy. Na ich podstawie nieboszczyków chowali członkowie cechów, a gdy zaraza osiągała poważniejsze rozmiary – dołączali do nich robotnicy dzienni i służebni. Z czasem Pasłęk doczekał się nawet „instrukcji obsługi” zmarłych wskutek epidemii. Według policyjnego zarządzenia z 1669 roku, „trupa należało przy pomocy narzędzi owinąć w prześcieradło, wpierw obsypując go prochem wapiennym i potem wywlec z domu. Wciągnąć na sanie i zawieźć na cmentarz, robiąc wszystko tak, by się trupa rękami nie dotknąć i zakopać go, a samemu dobrze wytrzeć ręce wapnem i zmyć strumieniem bieżącej wody” (ks. Kazimierz Cyganek).

Jeszcze w 1736 roku epidemia czerwonki pochłonęła nad Wąską 133 ofiary, ale z każdą kolejną dekadą zarazy przestawały być poważnym problemem pasłęczan. W XIX wieku ofiary epidemii w Pasłęku to zwykle pojedyncze przypadki – z jednej strony przyczyniła się do tego działalność aptekarskiej rodziny Christianich, popularyzującej zasady higieny wśród mieszkańców, z drugiej wprowadzanie przez władze nowoczesnych rozwiązań sanitarnych i modernizacja miejskiej infrastruktury (odkażanie rowów ściekowych, budowa sieci wodociągowej itd.).

Po raz ostatni epidemia wybuchła w Pasłęku w 1945 roku, gdy mieszkańców zdziesiątkował tyfus. Wojenne warunki wpłynęły na okoliczności pogrzebów – nikogo nie ewidencjonowano, zaś po mieście codziennie jeździł furgon, który zbierał zmarłych i zwoził ich na cmentarz ewangelicki przy ulicy Westerplatte (na terenie obecnego parku miejskiego). Tam chowano ich, najczęściej bez trumien – na szczęście epidemię udało się opanować dzięki doktorowi Wilhelmowi Bereckiemu. Polski lekarz sprowadził bowiem z Olsztyna amerykańskie szczepionki, powstrzymując dalszy rozwój zarazy.

Przy pisaniu tekstu korzystałem z publikacji: „Szkice historyczne o Pasłęku” ks. Kazimierza Cyganka, „Pasłęk, Spotkanie z historią i legendą” ks. Wiesława Rodzewicza i Józefa Włodarskiego oraz „Pasłęk: z dziejów miasta i okolic 1297-1997” pod red. nauk. Józefa Włodarskiego.

Tomasz Czapla

Zdjęcie prezentuje Pasłęk z wieków XVII-XVIII (rysunek Jana Salma).