13 sierpnia 2020 Diany, Hipolita, Poncjana

Jak nie mieczem go, to toporem. Kilka słów o pasłęckich katach

dodał Dwa tygodznie temu, 2020-07-30
Jak nie mieczem go, to toporem. Kilka słów o pasłęckich katach

W związku z pandemią koronawirusa, Polska, tak jak i cały świat, stała się strefą częściowo wolną od imprez. W tym od rekonstrukcji historycznych, corocznie podziwianych przez setki i tysiące turystów - na występy rycerzy, kowali czy katów musimy poczekać do przyszłego roku. A skoro nie można ich oglądać, warto o nich poczytać. Zwłaszcza o tych ostatnich, bo życie katów w historycznym Pasłęku to opowieść usłana nie tylko śmiercią.
Gdy nad Wąską polała się krew
Pasłęk dawnych wieków mógł poszczycić się dwoma sądami - miejskim i zamkowym. W gestii pierwszego leżało rozpatrywanie spraw mniejszego kalibru, “bez krwi i sińców”. Gdy zaś poszkodowany doznał obrażeń fizycznych lub poważniejszych strat materialnych, kierował swe kroki ku zamkowi. Nierzadko ofiary pobić czy rozbojów udawały się tam natychmiast po zajściu - świeże rany były o wiele wiarygodniejsze dla sądu niż najrzetelniejsza opinia lekarska. 
A co, gdy poraniony osobnik nie był w stanie bezzwłocznie dotrzeć do warowni? Potencjalni ratownicy często byli bezradni, bo tacy delikwenci odrzucali wszelkie opatrunki i czekali, aż rana sama się zagoi, żeby stanąć przed obliczem pasłęckich sędziów. Stawką był wyrok dla napastnika – zamkowy wymiar sprawiedliwości miał prawo orzekać nawet karę śmierci. Sęk w tym, że taka “determinacja” ofiary mogła skutkować przesłuchaniem już przed innym sądem - bożym.
Tymczasem skazany z rąk sędziowskich trafiał w ręce katowskie, które nad Wąską pojawiły się w czasach krzyżackich. Co więcej, kat, uznawany za “sługę miejskiego”, zyskiwał zatrudnienie nie tylko przy okazji wykonywania wyroków (od chłosty po ścinanie, palenie na stosie i wieszanie). Mianowicie, jeśli podczas przesłuchania podejrzany nie przyznawał się do zarzutów, śledczy wykorzystywali katów do “pomocy”. Kilka minut perswazji opartej na torturach wystarczyło, aby obwiniony przyznał się nawet do zabicia Chrystusa.
Ręce, które ćwiartują
W przypadku kar śmierci, rola kata nie ograniczała się oczywiście np. do zaprowadzenia przestępcy na szubienicę i założenia mu pętli na szyję. Gdy złoczyńca wydał już ostatnie tchnienie, “mistrz sprawiedliwości” zdejmował ciało i wystawiał je w widocznym miejscu. W razie, gdy skazany miał więcej szczęścia, na widok publiczny trafiała np. obcięta noga, uszy lub dłoń. 
Swoje obowiązki kat wykonywał sam lub przy pomocy praktykantów. Dodatkowe ręce do pracy były potrzebne, bo z czasem katom doszły nowe zadania. Musieli się bowiem zajmować nie tylko zwłokami ludzkimi, ale i zwierzęcymi - do nich należało usuwanie padliny z ulic, pól i lasów. Na katach spoczęło też nadzorowanie miejskich prostytutek – dziewki przyłapane na gorącym uczynku i skazane, po odbyciu kary kontynuowały nierząd pod ich okiem. Ci zaś z takiego rozwiązania czerpali korzyści, nie tylko natury finansowej...
 Innym sposobem mistrzów topora i miecza na dorobienie był handel. Czym? Z jednej strony, kaci trudnili się pokątną sprzedażą sznurów po wisielcach – powszechnie wierzono, że taka zdobycz zapewnia właścicielowi szczęście. Z drugiej, zainteresowaniem cieszyły się, szczególnie wśród wszelkiej maści znachorów, odcięte członki skazańców. Wyrabiano z nich przeróżne mikstury i proszki, którymi kuszono biedniejsze warstwy społeczeństwa.
Jeśli nie chcesz mojej zguby, oświadcz mi się luby
Jeśli zajrzelibyśmy do siedziby XVII, XVIII-wiecznego kata, ujrzelibyśmy szereg narzędzi do zadawania bólu i mordowania, od miecza i topora po kleszcze, koła i pale. Nie inaczej było z Pasłękiem, przy czym mistrzowie śmierci własnoręcznie wyrabiali podstawowy sprzęt katowski, a wykonanie bardziej wyrafinowanych narzędzi zlecali w Elblągu lub Gdańsku. O koszty ich wyrobu martwić się nie musieli - ponosiła je pasłęcka rada miejska. 
Sumienny kat był biegły nie tylko w zakresie zabijania, ale i ludzkiej anatomii. Znajomość budowy ciała umożliwiała bowiem szybkie ścięcie głowy winnemu, połamanie mu kości czy ćwiartowanie zwłok. Rzetelność w tym rzemiośle popłacała - sprawny kat mógł w Pasłęku liczyć na dwukrotnie wyższą pensję niż burmistrz. Niestety, ceną był brak życia towarzyskiego, zwłaszcza kobiety unikały bliższej styczności z oprawcami. W tym kontekście nie dziwi, że kaci mieli poważny problem ze znalezieniem drugiej połówki.
Aby zaradzić zjawisku katów-kawalerów, lokalne władze ustanowiły nawet specjalny przywilej - jeśli oprawca oświadczył się kobiecie skazanej na śmierć, a ta zgodziła się na ślub, wyrok unieważniano. Reszta skazanych na stracenie mogła oczekiwać jedynie aktu łaski, a jeśli ten nie nadszedł, czekało ich najczęściej spalenie, powieszenie lub ścięcie. Przykładowo, w latach 1628-1665 na 56 kar śmierci, wykonanych w Pasłęku, złożyły się 24 spalenia na stosie, 16 egzekucji przy użyciu miecza i 16 z wykorzystaniem szubienicy. 
Kolejne reformy systemu sprawiedliwości i rosnąca popularność idei humanitaryzmu sprawiły, że od pierwszej połowy XIX wieku zawód kata zaczął tracić na znaczeniu. Około 1850 roku w Prusach Wschodnich pozostało tylko kilku mistrzów katowskiego rzemiosła, a dziś możemy podziwiać ich stroje i narzędzia na muzealnych wystawach.

Tomasz Czapla

 

0
0