21 maja 2022 Wiktora, Kryspina, Tymoteusza
Reklama Heops

Sceny z dawnego życia dworskiego w Barzynie i nie tylko (cz. 2)

dodał 2004-11-06
Sceny z dawnego życia dworskiego w Barzynie i nie tylko (cz. 2)

W poprzednim odcinku wspomnień z dzieciństwa Marty Aegidi (*14.08.1844-†22.01.1936) - przedstawiono Czytelnikowi kulisy powstania tej książki oraz krótką charakterystykę merytoryczną jej zawartości. Obecnie tłumaczenie in extenso fragmentów opisujących podróż z Tussainen do Barzyny oraz wrażenia z wycieczek w okolice barzynieckiego majątku.
(...) Dzięki naszej dziecięcej, nieprzytępionej zdolności cieszenia się, rozkoszowaliśmy się każdym szczególikiem tego wydarzenia już podczas przygotowań. Pierwsze, co robiliśmy, gdy tylko po domu zaczęła krążyć pogłoska o wyjeździe, to biegliśmy do „Badtka”. Badt cieszył się wśród nas, dzieci, wielkim poważaniem. Był towarzyszem zabaw mamy z lat dziecinnych, chodząca wierność i przywiązanie. Jak powiedziała mama, musieliśmy „dawać mu posłuch”. Ale dopiero w podróży jego osobę opromieniało najjaśniejsze światło. Gdy siedział na koźle, imponował mi okazałą brodą, czterema lejcami i biczem, którym potężnie wymachiwał nad czterokonnym zaprzęgiem, o wiele bardziej niż dziś premier, który ma kierować państwem, wyjąwszy pana kanclerza1 .
„Badtku, prosimy! Pokaż nam powóz, którym mamy jechać!”. W wysprzątanej powozowni pachnącej doskonałą skórą stacjonowały wszystkie wozy, w lecie na podwyższeniu na deskach stały sanie. O ścianę oparte były dyszle, obok drzwi drągi, albo dźwignie do mycia i smarowania wozów, koła i reszta potrzebnych sprzętów. Zupełnie z tyłu, w rogu, stały bryczki przykryte białymi płachtami. Tak otulone były istnym uosobieniem podróży z jej wszystkimi interesującymi, a wciąż nieodgadnionymi przeżyciami.
„Badtku! Prosimy, daj nam wsiąść!” „Nie! Nie! Toż to nonsens! Dzień przed wyjazdem powóz zajedzie przed drzwi, do pakowania i będzie już tam stał. Wtedy możecie wsiąść, ale nie tutaj, po ciemnicy!” Przynajmniej go widzieliśmy ... . Teraz zbliżanie się tego wielkiego wydarzenia jakim był wyjazd, stawało się dla nas coraz bardziej widoczne poprzez nerwową atmosferę panującą w domu. Kufry stały na ziemi w pokoju dziecinnym. Nie były to takie walizy z jakimi podróżowało się koleją żelazną, różniące się od siebie tylko etykietami z nazwiskiem i przemieszczające się codziennie całymi tysiącami tu i tam. Nie! Nasze miały zupełnie osobliwe kształty, tak jak dopasowały się do dziur i wolnych miejsc na powozie. Była więc duża, szeroka i płaska waliza, która leżała na dachu powozu. Wkładano do niej ubrania, tak, że leżały całkiem rozprostowane. Potem „dyndałka”, długa i wąska, którą mocowano wysoko, z tyłu powozu. Pakować można było w nią tylko lekkie rzeczy, takie jak kapelusze i koronki. Następnie były też przyśrubowane skrzynki w różnych rozmiarach, paka pod siedzeniami i skrzynia pod kozłem. Mama dyrygowała tym całym pakowaniem jak wódz naczelny, a wszystko odbywało się jak na manewrach. W końcu wyruszenie w dłuższą podróż z małymi szkrabami to nie była bagatelka, a dodatkowo ze względu na babcię Hülsen2 sprawy toalety traktowano z jeszcze większą powagą. Nareszcie! Nareszcie nadchodziła godzina, kiedy to podprowadzano przed drzwi powóz do zafrachtowania. Natychmiast wdrapywaliśmy się do środka i obwąchiwaliśmy ściany. Pachniało podróżą. Obmacywaliśmy dobrze znane nam sprzęty i wtykaliśmy ręce do każdej kieszeni (przy czym okruchy wchodziły nam pod paznokcie), wykłócaliśmy się, kto gdzie usiądzie, udawaliśmy mamę i kołysaliśmy wozem tak, jak gdybyśmy byli już w drodze. Mój Boże! Później siedzieliśmy wystarczająco długo w powozie, w końcu trzydniowa podróż wystawia na próbę cierpliwość dzieci, i przynajmniej taką samą próbą jest dla tych, którzy muszą z nimi podróżować. A jednak było wspaniale! Przy pożegnaniu obecny był cały personel: inspektorzy i wszyscy domownicy. Mama jeszcze raz obchodziła wkoło powóz, żeby upewnić się, że wszystko zostało porządnie przytroczone i zgodnie z jej dyrektywami. I już siedziało się w środku. Papa wyruszał godzinę wcześniej w swoim lekkim powozie, pokonywał dziennie większe odcinki3 i nocował w innych kwaterach niż mama ze swoimi pędrakami. A teraz, przy odjeździe, robiło się człowiekowi jednak tak rzewnie na duszy, ale mam była przecież obok i niania4 też, więc szybko się rozweselaliśmy. Stangret strzelał z bata i krzyczał „wiooo!”, konie tupiąc żwawo wprawiały podróżną brykę w ruch. W prowincji mało było szos, kołysało nami porządnie, trzęsło na wszystkie strony. Dopóki byliśmy w Raudonatschen5 wyglądaliśmy przez okno, bo wszędzie jeszcze stali ludzie, pozdrawiali nas, mamcia dziękowała, a my zawsze kłanialiśmy się wraz z nią. Potem zaczynało się rozglądanie po wozie. Ach, sam fakt, że mieliśmy w nim mieszkać przez trzy dni był ekscytujący. Kieszenie przy oknach, tak wypchane... . Co też może być tam w środku? W innych kieszeniach tkwiły jakieś papierowe zawiniątka, wyglądały wielce obiecująco. Na spodzie wozu stał kosz wyplatany z łyka, widzieliśmy jak go pakowano, w środku były wyborne zapasy na drogę. Z czystej uciechy, że jesteśmy już w podróży, robiła się głodna tuż za ogrodem warzywnym. Ale w drodze nie wolno było „mamlać”, a pory posiłków były ściśle przestrzegane.
A mamcia! Ach, mamcia była niezrównana w podróży. Siedziała na tylnym siedzeniu po prawej i obserwowała wiatr. Zgodnie z jego kierunkiem otwierało się okno, czasem tylko do połowy, a wtedy mama godzinami całymi trzymała w dłoni rzemień okienny. Ta cierpliwość jeszcze dziś jest dla mnie zagadką. Zawsze umiała coś wymyślić dla naszej rozrywki. Opowiadała nam krótkie, urocze historyjki, które wymyślała sobie w momencie, a które nawiązywały do czegoś, co właśnie mijaliśmy przejeżdżając. Babuleńka szukająca drew na opał, pastuch na polu, kilku czeladników na gościńcu, trznadel, który towarzyszył nam polatując od drzewa do drzewa. Opowiadała o gatunkach zbóż i o lnie, i jak się go pozyskuje. A potem młyn był dla niej sposobnością, żeby objaśnić nam, jak młynarz mle i jak obraca młyn bierwionem6 . A młynarz stał w wejściu do swojego młyna, tam, gdzie małe schodki biegną w górę i wydawał się całkiem malutki na jego tle. Gdy pojawiał się strumyk, mama wyjaśniała do jakiej rzeki biegnie i ile ma do zrobienia: ile młynów ma do napędzenia, ile płótna do wybielenia, ile łąk do nawodnienia, i jak w końcu łączy się ze swoją rzeką w jeden prąd i dociera do morza, po którym suną potężne statki. A potem, na lekcjach geografii, dorzecza rzek były nam już całkiem znane, zjeździliśmy przecież kawał świata!
Z okna widać piękną, zieloną łączkę leśną, a na niej kwiaty. „Stać! Tu dzieciaczki mogą się troszeczkę wybiegać!” Mamcia wysiadła i nas wyjmowano jedno po drugim. Mama szła do koni, klepała je po szyjach, rozmawiała z Badtem, a my skakaliśmy chwilkę, znów ślicznie było postawić nogi na ziemi. Wkrótce ruszaliśmy dalej. Teraz z jakiejś kieszeni wyłaniała się torebka, dostawaliśmy coś na śniadanie, ale tylko odrobinę, „ponieważ nie wolno tak dużo jeść, kiedy się siedzi”. Ach, były też wyśmienite ciasteczka, trochę pokruszone. No, to nic nie szkodzi! Ale zaraz zaczynało nam z kolei doskwierać pragnienie. „Dzieci”! Toż to niedorzeczne! Masz ci los, znów spragniony jeden po drugim! Będziecie pić, jak dojedziemy do szynku”. Pragnienie ustępowało stopniowo... . Badt trzaskał z bicza, co czynił wprawdzie przy wjeździe do każdej wsi, ale teraz jeszcze mocniej, co było znakiem, że dojechaliśmy na postój obiadowy. „Zajeżdżaj!” krzyczała mama, szynkarz otwierał wielkie, skrzypiące skrzydła bramy wjazdowej i wolnym krokiem powóz zajeżdżał pod szynk. Hop! Przednie koła, szarpnięcie, zgrzytnięcie i tylne, a wóz piszczał i skrzypiał. Jakże żywo wbiło się to zajeżdżania pod szynk w moją pamięć. Zapach koni, tak inny od zapachu stajni w naszym majątku, w wysokim pomieszczeniu półmrok, który sprowokował mnie do zadania pytania: „Mamo, a nie kryją się tu przypadkiem jakieś łotry?” Na co krótka odpowiedź: „Dzieciaczku, nie rób z siebie głupca, jesteśmy u bardzo dobrych, kochanych ludzi, a wy macie mi być grzeczne i uprzejme”. U żłobu zajmującego całą długość ściany stało kilka bardzo małych, chłopskich koników, kury pętały się pogdakując, rozbrzmiewał wrzask koguta. W tle drzwi, do których prowadziły drewniane schody. W kącie błysk zielonych oczu kota. Głośny szczebiot jaskółek raz po raz wlatujących i wylatujących spod pokrycia dachu. Podczas gdy Badt wyprzęgał konie, mama szła z nami do zajazdu. Wysiadając jeszcze rzuciła mu: „Ty każ sobie dać obiad i butelkę piwa!” „Wedle rozkazu pani baronowo!”. Szynkarka witała nas w korytarzu i prowadziła do swojej „wytwornej” izby. Białe, grubo ciosane deski wysypane były piachem, na ścianach wkoło gałązki jedliny. Spluwaczka też była tak przystrojona. Zapach zimnego powietrza. Lustro przysłonięte muślinem, na komodzie leżały szydełkowe narzutki. Na nich bibeloty, małe figurki z powykręcanymi członkami. Nad sofą, też okrytą szydełkową robotą, wisiał ujęty w ramki wianek ślubny i obraz przedstawiający króla i królową Elżbietę7 . I pukiel włosów w ramce ozdobiony wiankiem z kocich łapek8 . Wszystko oglądaliśmy sobie tak dokładnie, że pamiętam to jeszcze dziś. Na parapecie stały spodki z lepem na muchy. Kilka niemrawych owadów pobrzękiwało ospale przy oknie. Jedno okno wychodziło na niewielki ogród kwiatowy, drugie na podwórze. Teraz służący przynosił pleciony kosz z wiktuałami, a mama szła do oberżystki poprosić o podgrzanie mleka, ugotowanie jaj i kartofli. Zachowywała się przy tym tak serdecznie, tak poufale, a przecież jakże wytwornie. Szynkarka gorliwie wypełniała polecenia. My też byliśmy podziwiani, musieliśmy podawać rękę i mówić „dzień dobry”. „Mój Boże, pani baronowo, coraz więcej i więcej!” wykrzykiwała kobieta, która częściej widywała mamę w podróży. Raz mamcia poszła również do głównej izby w karczmie, a ja za nią jak na pasku, ale odniosłam tak straszne wrażenie, jakie dziś jeszcze odczuwam w takich miejscach. Istne grubiaństwo. Najsamprzód zdziwiło mnie, że wszyscy pozostali na swoich miejscach, kiedy mama weszła, bo byłam przyzwyczajona, że tam, gdzie wchodziła, wszyscy zrywali się z miejsc. Potem też zapytałam: „mamciu, czemu nie każe im mamcia wstać?” Na co mamcia wyjaśniła mi, że nie wszyscy ludzie muszą jej słuchać. Dla mnie było to szokujące. Niska, duszna izba, wszędzie kłęby dymu tytoniowego, wszystkie możliwe zapachy, chamskie głosy chłopów, ich ciężkie kroki, pół-głupkowate, pół-bezczelne wgapianie się w nas, to było obrzydliwe i cieszyłam się, kiedy wyszłyśmy.
Jedliśmy, do picia była woda w wysokich szklankach - miękka i z posmakiem spirytusu. Ale za to prowiant był pyszny i smakował tak, „jak jeszcze nigdy nic”. Kiedy koniki były gotowe do drogi, zaprzęgano. My wsiadaliśmy i znów cieszyliśmy się podróżą. Teraz jechaliśmy traktem, było pięknie, ale gościniec był bardzie urozmaicony. Mama znów wymyślała coś, aby nas rozerwać. Starsi z nas, którzy umieli liczyć, liczyli kamienie przydrożne – zawsze do stu, a wtedy mama stawiała kreskę i było pełno radosnych okrzyków, kiedy mieliśmy pełną milę. Dojeżdżaliśmy do budynku celnika. Stał tam biało-czarny, groźnie wyglądający drąg i nakazywał „stać”. Do naszego wozu wędrowała z małego okienka skórzana sakiewka przymocowana do długiej żerdzi, mama wkładała do niej pieniądze i wyjmowała wciśnięty obok kwit. „Wiooo!” i wóz toczył się niezmiennie dalej. Robiliśmy jeszcze jedną przerwę, aby dać wytchnienie ludziom i zwierzętom, a wieczorem, wymęczeni wszystkimi przeżyciami dnia i samą niezwykłością sytuacji, dobijaliśmy do kwatery. Nocowaliśmy w Taplacken9 , w gospodzie pod „Złotym Orłem”, w „Nadziei”, czy też gdziekolwiek indziej (...). Kolejności i nazw nocnych stanic nie pomnę, pamiętam za to dobrze, jak ciekawiła nas izba, w której mieliśmy spać, i to, czy będziemy spać w łóżku, na kanapie odwróconej do ściany, na krzesłach, czy może jeszcze inaczej. Im więcej przygód, tym lepiej! Tylko raz przypominam sobie z wczesnego dzieciństwa, że nocowaliśmy w zupełnie przepełnionej karczmie, w izbie na poddaszu, bez łóżek, na słomie, i że ta słoma kłuła nas przez prześcieradła niemiłosiernie, a mama śpiewała:
Gdy nie ma pierzyny
- na słomie śpię ja,
nie kłuje mnie piórko,
nie kąsa mnie pchła, pchła, pchła!
Itd., ale nieznośny hałas dobiegał do nas z oberży i noc ta wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Za to w wyszynku „Pod Złotym Orłem” wszystko wydawało mi się bardzo wytworne, sądziłam, że właśnie złotym orłem zdobiącym końce karniszy gospoda zawdzięcza swoją nazwę. Nie przypominam sobie żadnego miasta przez które przejeżdżaliśmy, właściwie skłonna jestem uwierzyć, że w tych podróżach unikano miast10 . I tak jechaliśmy przed siebie trzy dni, ale tak naprawdę czas nigdy nam się nie dłużył, mimo, że musieliśmy spokojnie siedzieć, nie wolno było klęknąć ani wstawać. Gdy dojeżdżaliśmy do stron rodzinnych mamy, radośnie zwracała nam uwagę na to, jak inaczej tutaj mówili ludzie i jakie śliczne okrągłe czapeczki nosiły tutejsze kobiety i inne tym podobne sprawy. Przejeżdżaliśmy przez znane jej wsie, a w końcu wjeżdżaliśmy na ziemie Hülsenów11 , ludzie wydawali okrzyki radości i nareszcie docieraliśmy do samej Barzyny. Upojne przyjęcie, niespodzianka za niespodzianką, radośnie witani przez Amelyjkę i Frycka, dwie zacne dusze. Po tych wprawdzie ciekawych, ale przecież często osobliwych nocach spędzonych na kwaterach w gościńcach, łóżka babci błogie już same w sobie, były naprawdę niebiańskie. Nadchodził czas największego rozpieszczania. Rozkoszne dzieciństwo ... (...).
(...) Mieliśmy też mały, otwarty powóz dziecięcy, tak zwany „niebieski powozik”. Wolno nam było zaprzęgać do niego Bułanego i Gniadego i wyjeżdżać na spacery. Uwielbiałam to! Przed końmi zawsze czułam wielki respekt, ale jazdy powozem nie bałam się nigdy, nie ważne jak była wariacka. Jeśli powoziła Maryjka, wszystko przebiegało jak należy, ale szalona, rozbawiona Greta wyszukiwała zawsze najgorsze dziury i brała kurs prosto na nie, a już jej radości po prostu nie było końca, kiedy błoto pryskało nam na twarze i uszy. Nigdy nie można było być pewnym, czy usiedzi się w powozie. To dopiero były przejażdżki.
Bez specjalnego pozwolenia nie wolno nam było opuszczać terenu majątku, ale był on na tyle rozległy, że i tak nigdy nie przemierzyliśmy go do końca. Najpiękniejszymi wycieczkami były te przez cienisty Las Buczyniecki i Jelonkowski12 . Kiedy już wyjechało się z niego, oczom ukazywał się najcudniejszy widok. W tle malownicze Wzniesienia Elbląskie usiane wioskami, z przodu żyzne Żuławy, a na pierwszym planie pełne drzew Jelonki ze starym kościołem z czasów krzyżackich13 . Chociaż byliśmy dziećmi, zatrzymywaliśmy się na dłużej i nie mogliśmy napatrzeć się temu widokowi i błękitnawej dali. Ta droga z Barzyny do Jelonek to dopiero wspomnienia! Przez różne epoki mojego dzieciństwa i młodości przewijały się wycieczki tą właśnie trasą14 . Ciemna aleja biegnąca od podwórza w Barzynie15 do Górki Bartlewskiej16 , przed nią zakręt z rosnącą obok dziką gruszą, w której mieszkał Leśny Stwór-Wór i oślizła wiedźma Ple-Ple. Greta szarżując na koniu spadała tak często właśnie w tym miejscu, że zakręt ochrzczono w końcu imieniem „Król Bum”. Potem następował spokojny wjazd na wzgórze, przejazd przez Bartlewo17 , gdzie mieszkała Szwarcowa, matka naszego listonosza, a potem droga wiodła przez zagajnik między polami. Tam wiosną sosny wyciągały przed siebie długie dłonie, mówiło się: jak dłonie panny Hoepfner. A potem już zaczynał się potężny bukowy las ciągnący się hen, daleko, daleko. Ach te wesołe dziecięce przejażdżki, głośny śpiew i niczym niezmącona radość! Przypominam sobie jeszcze pierwszą podróż z mateczką do kościoła i kazanie o siewcy i wschodzącym zasiewie. Pamiętam jak dziś, że gdy jechaliśmy do domu, akurat żęto jęczmień. Delikatny cytrynowy zapach kłosów ciągnął ku nam nad polami. Nie do zatarcia są takie przypadkowe wrażenia zapamiętane przez dziecko.
(...) Las stawał się z każdym dniem piękniejszy (...) Robiłam jesienne bukiety, suszyłam kwiaty a potem naklejałam je na kartony i wypisywałam między listkami biblijne wersety na pamiątkę tamtych dni. Na spacery chodziłyśmy też chętnie we dwie, Maryjka i ja. Najchętniej przechadzałyśmy się do Liszek, aż do naszej granicy zaznaczonej nasypem obsadzonym starymi lipami. Cały teren majątku przecinały wspaniałe aleje lipowe biegnące w stronę dworu. W ich cieniu również można było przyjemnie spacerować. Przed nami rozciągał się ładny widok. Łagodne, porośnięte lasem pagórki, żyzne pola, albo jak teraz, jesienią, ściernisko osnute nitkami babiego lata. Tu i tam pola z kartoflami, na których pracowali ludzie w kolorowych chustkach na głowach i miły folwarczek Liszki18 z dymiącymi kominami, należący do sąsiedniego majątku Śliwice. Na tej drodze często prowadziłyśmy ważne dla nas rozmowy. To był taki krótki spacer, który można było wsunąć między jedną lekcję a drugą. Tam omawiałyśmy nasze wypracowania, ekscytowałyśmy się naszymi wielkimi Hohenzollernami, marzyłyśmy o panu Sorge, uwielbianym przez nas nauczycielu. To tu wyobrażałyśmy sobie wielkie szczęście, polegające na „byciu ubogim i mieszkaniu w małej chatynce”, z której tak idyllicznie wzlatywałby się dymek z komina, tak jak w Liszkach, i gdzie „mateczki” gotowałyby tylko kawę dla „swoich”. Wyobrażałyśmy sobie jak wygląda daleki świat i dziękowałyśmy Bogu za nasz zaciszny ogród przy domu. Odświeżone na duchu i ciele szłyśmy w stronę domu albo siedziałyśmy jeszcze przed chwilkę w starej, pustej w środku lipie na wale granicznym. Z lipy, w której była ławeczka, miałyśmy ładny widok na Barzynę (...).
Lech Słodownik
Magdalena Żółtowska
1 Być może autorka wspomnień miała tu na myśli kanclerza Otto von Bismarcka.
2 „Babcia Hülsen“ to Jeanette-Frederique-Wilhelmine-Caroline-Ulrique-Ursula von Hülsen de domo von Bodeck (*25.02.1788-†15.12.1865).

3 Można przypuszczać, że pokonywano 5-7 km/godz. Na lepszym trakcie zakładać można prędkość 10 km/h.
4 Luise Helwig, opiekunka do dzieci, bardzo związana z rodziną v. Sanden.
5 Siedziba rodzinnych dóbr v. Sandenów w okolicach Tylży. Dzisiaj nie ma po niej śladu.
6 Chodzi tu o młyn-wiatrak typu „koźlak” (niem. Bock-Mühle), który specjalnym drągiem można było obracać, w zależności od kierunku wiatru.
7 Król Prus Fryderyk Wilhelm IV (1795-1861) i jego żona Elżbieta (1801-1873).
8 Oczywiście nie chodzi tu o kocie łapki, tylko o zwyczajową nazwę szarlotki (łac. leontopodium).
9 Dawniej Taplacken w powiecie Welawa (niem. Wehlau, obecnie Znamiensk). Miejscowość znana ze źródeł solankowych, z których jeszcze do 1536 r. pozyskiwano sól (w 1939 r. liczyły 415 mieszkańców). Obecnie Taplaki w rejonie Gwardiejsk (niem. Tapiau) – obwód kaliningradzki.
10 Mimo wszystko biorąc pod uwagę wymieniane miejscowości można przyjąć, że podróż naszej bohaterki mogła przebiegać następującą trasą: Tussainen-Tylża-Welawa-Allenburg (obecnie Drużba)-Friedland (obecnie Prawdinsk)-Bartoszyce-Lidzbark Warmiński-Orneta- obok Pąsłęka-Barzyna. Daje to w sumie grubo ponad 200 km.
11 Jak wspomniano w cz. I wspomnień Marty Aegidi, główne dobra rodziny v. Hülsen znajdowały się we Jarnołtowie k. Małdyt. Tutejszy dwór (tzw. Hülsenhof) z 1770 r. nie zachował się. Na miejscowym cmentarzyku familijnym znjadowały się jeszcze nie tak dawno groby v. Hülsenów, niektóre z przełomu XVII/XVIII w. W latach 1750-1754 u v. Hülsenów przebywał jako nauczyciel domowy Immanuel Kant (1724-1804), “wielki samotnik z Królewca”, jeden z najwybitniejszych filozofów niemieckich. W dniu 27.5.1994 r. na szkole w Jarnołtowie odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci I. Kanta z tekstem w języku polskim i niemieckim. Inicjatywa umieszczenia tablicy wyszła od prof. Janusza Jasińskiego, a zaprojektował ją inż.arch. Bolesław Wolski z Olsztyna. Kant nauczał w Jarnołtowie dwóch synów majora Karla Friedricha von Hülsena: Johannesa -późniejszego absolwenta Uniwersytetu Królewieckiego, słynnej “Albertyny” i Ottona - dziedzica majątku w Jarnołtowie, który jeszcze przed reformami K. Steina zniósł poddaństwo swoich chłopów (1807). Fakt ten był powodem wyniesienia v. Hülsen’ów do stanu hrabiowskiego. Już w czasie pobytu w Królewcu I. Kant poświęcił okresowi życia w Jarnołtowie dysertację pt. “De ignis” (O ogniu). Majątek w Barzynie z chwilą przejęcia go przez v. Hülsenów liczył ok. 850 ha.
12 Chodzi tu prawdopodobnie o wąski już dzisiaj skrawek lasu położonego między Barzyną, Bartlewem, Budkami i Śliwicami.
13 Prawdopodobnie pagórek o wysokości 75,0 m n.p.m., położony w przebiegu drogi ze Śliwicy do Jelonek, przed Budkami.
14 Jest to stara droga prowadząca z Barzyny przez Bartlewo do Marwicy Wielkiej, obecnie praktycznie nie używana.
15 Początkowa część tej pięknej alei zachowała się do dzisiaj.
16 Pagórek o wysokości 62,1 m n.p.m.
17 W Bartlewie (niem. Bardeleben), dawnym folwarku Barzyny, w 1875 r. żyło 208 mieszkańców, a przed 1945 r. mieszkały m.in. dwie rodziny (Friedrich Kortschakowski i Wilhelm Borowski), zatrudnione przy znajdujących się tu owczarniach zarodowych rasy „Merinos”. 18 Po wojnie, jeszcze do początku lat 70-tych folwark wchodził w skład b. PGR Barzyna. Obecnie pustka osadnicza, nie zachowały się żadne zabudowania.






Dodaj Komentarz

Walidacja: słowo na dziś :amur

Komentarze

kocham jarka
Usługi Dźwigowe Pasłęk