3 sierpnia 2021 Lidii, Augusta, Nikodema
Reklama Heops

Twarde prawo, lecz prawo. Wilkierz XVII-wiecznego Pasłęka

dodał Ponad miesiąc temu, 2021-06-21
Twarde prawo, lecz prawo. Wilkierz XVII-wiecznego Pasłęka

Już nie krokami, a susami zbliżają się wakacje. Czas odpoczynku, większej swobody i...przestrzegania prawa, bo nie ma zmiłuj - przepisy obowiązują o każdej porze dnia i nocy. Na pocieszenie dodajmy, że pasłęczanie dawnych wieków wcale nie mieli łatwiej, wręcz przeciwnie. Ówczesne prawo regulowało niemal każdy aspekt życia i było dość restrykcyjne – zbyt wystrojonej kobiecie, która zgorszyła dziecko, groziło obcięcie i spalenie ucha, “jak pieczeni”. Więcej takich zapisów znajdziemy w wilkierzu Pasłęka z 1608 roku.

Wesele? Gorzej niż w pandemii

Czym był wilkierz? Pod tą nazwą kryła się ustawa, która określała nakazy i zakazy dla mieszkańców danego miasta lub wsi. Innymi słowy, wewnętrzny regulamin – wiemy, że w Pasłęku wilkierz obowiązywał co najmniej od 1582 roku. Uzupełniono go w 1608 roku, a jego (częściowy) tekst poznaliśmy dzięki Robertowi Helwigowi – autorowi niemieckiej książki o dziejach Pasłęka. Helwig opublikował dokument w 1964 roku, a jego analiza dostarcza wielu ciekawych informacji na temat XVI-XVII-wiecznej mentalności.

Pytanie, jak o nakazach i zakazach wynikających z wilkierza dowiadywali się mieszkańcy, skoro nie było jeszcze prasy, a słów “telewizja” czy “internet” nawet nie znano? Pasłęczanie przypominali sobie treść aktu przynajmniej raz w roku – zbierali się wówczas w wyznaczonym miejscu miasta i słuchali urzędnika odczytującego dokument. Aby mieli świadomość powagi chwili, na odczytaniu byli obecni miejscowi rajcy. Zresztą, niektóre przepisy dotyczyły bezpośrednio włodarzy Pasłęka.

Wilkierz tępił np. korumpowanie rajców, nie wolno było też przekupywać ławników, księży i osób znajdujących się pod przysięgą. Zakazane było spotykanie się z nimi w cztery oczy, nawet przy piwie w gospodzie – za złamanie tego przepisu groziła grzywna w wysokości 6 marek (alternatywą było dostarczenie władzom przez delikwenta 18 funtów wosku). Co ciekawe, katalog osób nieprzekupnych obejmował też “czcigodne młode panienki i żony”. Efekt? Randka z kuflem w ręku do zapomnienia.

Można było sobie wprawdzie bezkarnie popić na weselach, tyle że wilkierz limitował liczbę kompanów do biesiadowania. Do tego stopnia, że XVII-wieczni nowożeńcy mogliby z zazdrością popatrzeć na weselne imprezy okrojone wskutek koronawirusa. Podczas gdy my możemy weselić się w gronie 150, a wcześniej 50 osób, ówcześni pasłęczanie mogli organizować biesiady z udziałem maksymalnie 30 osób. Przepis wprowadzono na życzenie księcia pruskiego – rajcy i burmistrz, chętnie goszczący na weselach, nazywali go z tego powodu “księciem wariatem”.

Władza stróżem moralności (do czasu)

Mniejsza liczba weselnych gości to z pewnością mniejsze ryzyko burd, ale na tym dbanie władz o bezpieczeństwo się nie kończyło. Przykład? Przepis wilkierza, który głosił że “nikt nie może nosić dłuższego noża, jak pozwala na to miasto, a kto by dłuższy miał, to go straci i zapłaci karę 1 vierdunga”. Jeszcze surowsze prawo obowiązywało w gospodach - każdy, kto przekroczył próg knajpy, musiał czasowo pozbyć się noża (nawet jeśli byłby on rozmiarów współczesnych kozików na grzyby) i oddać go właścicielowi karczmy. Sprzęt odzyskiwał z momentem jej opuszczenia.

Pasłęcki wilkierz stał również na straży moralności i ostrzegał młodzieńców przed namówieniem młodych koleżanek do amorów. Kto nie posłuchał i wdał się w romans bez ślubnych perspektyw, musiał liczyć się z tym, że za życia rodziców nie otrzyma od nich żadnego materialnego wsparcia. Dalej wilkierz przewidywał, że “gdyby co (po śmierci) otrzymał [z majątku rodziców - przyp. red.], to i tak wiele musi dać miastu za karę”. A wystarczyło trzymać rączki przy sobie...

Niemniej, i płeć piękna nie mogła sobie pozwolić na nieobyczajne zachowanie. Dotyczyło to zarówno prostytutek, pasłęczanek zbyt mocno eksponujących swoje wdzięki, jak i miejscowych nudystek. Jeśli któraś z nich “jakieś dziecko zgorszyła, tej powinno się obciąć jedno ucho (i spalić jak pieczeń)”. Mało tego, kobiecie przyłapanej na takim występku przypalano włosy łonowe, a na koniec musiała uroczyście przysiąc, że “trzymać się będzie z dala od żądzy cielesnej i nie przyniesie wstydu”.

Czy dzięki temu Pasłęk był strefą bez moralnej skazy? Bynajmniej, nierząd kwitł (choć formalnie zakazany), a na lokalną elitę padł blady strach, gdy pewnego razu prostytutki zebrały się na rynku i zaczęły głośno dyskutować o swoich klientach. Jak się okazało, nie brakowało wśród nich rajców - sytuację musiał ratować burmistrz (również przewijający się w rozmowach!), który po przybyciu na miejsce stwierdził, że “te szkaradne i wszeteczne kobiety opętały złe demony”. Ta riposta poskutkowała nagłą ciszą, bo oskarżenie burmistrza mogło mieć ciąg dalszy w postaci procesu i skazania dziewek na spalenie na stosie.

Pasłęk nie igra z ogniem

Pić w duecie nie wolno, z usług prostytutek można korzystać potajemnie, to może chociaż hazard - ktoś zapyta? Wilkierz regulował również tę kwestię i oczywiście zakazywał gier – czy w pobliżu miejskich murów, czy za murami, schwytanemu hazardziście groziła kara 1 vierdunga. Taką samą grzywną karano właściciela gospody, tolerującego u siebie graczy, a jeśli karczmarz był spłukany i nie miał jak zapłacić, trafiał za kratki. Najczęściej na 3 doby, recydywistom mogła grozić dłuższa odsiadka.

Jak widać, na krnąbrnych oberżystach miasto mogło swoje zarobić, ale to i tak nic w porównaniu z zyskami czerpanymi z produkcji i sprzedaży piwa. Wilkierz nakazywał pasłęckim producentom i handlarzom trunkiem na straganie wyrobienie tzw. znaku (oczywiście płatnego), potwierdzającego pochodzenie piwa. Kto by się temu nie podporządkował, “ten nawet nie powinien znać swej kary”. Dodajmy, że zezwalano na sprzedaż jedynie pasłęckiego piwa - sprowadzającym beczki np. z Elbląga groziła ich konfiskata.

Najwięcej miejsca w wilkierzu zajmował, co ciekawe, akapit pod tytułem “nieszczęście pożaru”. Zgodnie z nim, na mieszkańcach spoczywał obowiązek posiadania przy domu długiej drabiny, a także skórzanego wiadra. Gdy w mieście wybuchł pożar, owe wiadro należało czym prędzej napełnić wodą i pomóc w gaszeniu ognia - nieposłusznych karano chłostą. Według wilkierza, pasłęczanin powinien też latem trzymać na podwórku beczkę z wodą - po mieście chodziły kontrole, które sprawdzały spełnienie tego warunku.

Można by pomyśleć, że tak drobiazgowe zajmowanie się ogniem to przesada. Sęk w tym, że przez wiele wieków pożary pozostawały jednym z największych zagrożeń dla miast i miasteczek. Dość wspomnieć o słynnym pożarze Rzymu, który w I wieku strawił 12/14 dzielnic “Wiecznego Miasta”. W przypadku Pasłęka do historii przeszła pożoga z 1543 roku, która pochłonęła zamek, kościół, ratusz i szereg domostw. Te ostatnie były zniszczone do tego stopnia, że książę pruski Albert Hohenzollern zezwolił na ich odbudowę przy użyciu cegieł z resztek zamku.

Tomasz Czapla


Dodaj Komentarz

Walidacja: słowo na dziś :jeziorko
Żwirownia 1140 px
nasza2