7 lipca 2020 Cyryla, Estery, Metodego

Zmarł Tadeusz Dąbrowski

dodał Ponad miesiąc temu, 2020-05-27
Zmarł Tadeusz Dąbrowski

Tadeusz Dąbrowski, lekarz medycyny związany przez całe swoje zawodowe życie z Pasłękiem, zmarł w niedzielę 24 maja w Gdańsku w wieku niespełna 86 lat.

Msza święta pogrzebowa zostanie odprawiona w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na gdańskiej Żabiance 28 maja o godz. 12.45. Pogrzeb odbędzie się o godz. 14.00 na Cmentarzu Katolickim w Sopocie przy ul. Jana Malczewskiego.

Tego samego dnia o godz. 12.00 w kościele pw. Błogosławionego Jerzego Matulewicza w Pasłęku zostanie odprawiona msza w jego intencji.

Poniżej publikujemy wspomnienie o doktorze Tadeuszu Dąbrowskim autorstwa jego syna, również Tadeusza.

 

Tata był lekarzem, specjalistą chorób zakaźnych. Jak w komedii romantycznej poznali się z mamą w szpitalu, gdzie trafiła z żółtaczką. Była wówczas młodą tancerką Opery Bałtyckiej. Tata podczas obchodu podszedł do niej, chwycił ją delikatnie za rzęsy i zapytał, czy są naturalne. Dzisiaj uznano by to za molestowanie. Wkrótce się pobrali i wyjechali do Pasłęka, gdzie ojciec dostał pracę w szpitalu i mieszkanie z przydziału.

Tam się urodziłem. Mama pracowała na drugą zmianę, więc popołudnia i wieczory spędzałem z ojcem. Jego patentem na odpoczynek po nocnych dyżurach były wyjazdy na ryby. Spędziliśmy razem setki godzin z wędką w ręku. Rozmawialiśmy niewiele, kontemplowaliśmy spławik albo zachód słońca nad jeziorem Drużno. Wytworzyła się między nami niezwykle silna więź, która trwa do dziś. Nie musiałem mu się zwierzać ze swoich problemów, by czuć, że spotykamy się w jakiejś chmurze emocji, która wisi w powietrzu. Do tego nie trzeba słów.

Lecz gdy rozmawialiśmy, to na ogół na poważne tematy. Ojciec miał swoją checklistę rzeczy, które powinienem zrobić. Był na bieżąco z tym, czym się zawodowo zajmuję, i często mnie wypytywał, czy wysłałem na czas recenzję albo czy jako juror przeczytałem już prace przesłane na konkurs. Nie cierpiał nieróbstwa i marnowania czasu. Rzadko rozmawiałem z ojcem o sprawach bardzo intymnych, dylematach miłosnych, etc. Nie roztrząsam z nim swoich traum. Nie miałem śmiałości. To chyba cecha odziedziczona po nim - on nigdy nie obarczał nikogo swoimi problemami.

Podziwiam ojca między innymi za to, że znosił swoje cierpienie w samotności. Nigdy nie żalił się na swój stan zdrowia. Dwanaście lat temu miał drugi zawał, przeszedł bardzo trudną operację, ale podniósł się na tyle, że postanowił dalej pracować. Jeszcze w 2019 r., mając 83 lata, jeździł z Gdańska do przychodni w Pasłęku. Pacjenci bardzo go lubili, widzieli w nim człowieka, z którym można porozmawiać, a nie - jak często dzisiaj bywa - robota w kitlu do wypisywania recept.

W sferze zawodowej jest dla mnie przykładem heroizmu, który kazał mu spalać się do końca w swoim powołaniu. Uważał, że trzeba starać się być aktywnym i służyć innym, póki tylko się da, póki można o własnych siłach ustać na nogach. Że bezruch oznacza śmierć. Czułem się trochę dziwnie, wstając z łóżka o 9.00 ze świadomością, że mój stary ojciec już trzy godziny temu wsiadł w samochód, by bez względu na pogodę jechać 100 km do swoich pacjentów.

Ojciec był typem człowieka, który nie potrafi się obrażać. Miał poczucie, że życie jest zbyt krótkie, a miłość między nami zbyt duża, żeby chować urazy. Zawsze, nawet gdy go czymś zmartwiłem, witał mnie z uśmiechem.

Mój kontakt z ojcem nigdy nie był partnerski w tym sensie, że chodziliśmy razem na piwo albo mecz. Wynikało to po pierwsze z różnicy wieku - jestem późnym dzieckiem, mój ojciec miał 45 lat, gdy się urodziłem. Po drugie - to nie jest ten typ człowieka. Tata został wychowany w bardzo tradycyjnej rodzinie; całował swoich rodziców po rękach. Patrząc na relację moich kolegów z rodzicami, czasami żałowałem, że między mną a moim ojcem nie może być więcej luzu. Teraz wiem, że było dobrze tak, jak było. Nie musiałem śmiać się z ojcem na tych samych filmach, żeby czuć z nim głęboką więź.

Miałem problem z mówieniem mu, że go kocham, choć parę razy mi się to zdarzyło. Widmo choroby ojca wisiało nade mną od zawsze. Dwa lata przed jego ostatnim zawałem przemogłem się i powiedziałem mu, że go kocham. I że nie wyobrażam sobie, co będzie, gdy go zabraknie. Roześmiał się i powiedział chojracko: „A co ma być? Popłaczecie, pochowacie mnie i będzie jak dawniej”.

To była - jest - męska miłość, ale nie szorstka. Łączy nas relacja pełna czułości. Ojciec miewał łzy w oczach, kiedy ode mnie wychodził, całując mnie na pożegnanie. Czasami łamał mu się głos przez telefon, gdy opowiadałem mu o jakichś swoich sukcesach. Kiedy był chory, potrafiłem położyć się obok niego tak, jak robiłem to w dzieciństwie, by porozmawiać albo wspólnie pomilczeć.

Ojciec jest człowiekiem, który zaszczepił we mnie gen naiwności. To był człowiek, który nie potrafi kłamać. Był łatwowierny do bólu. Kiedyś kupił mi na jakimś bazarze tablet za 100 zł. Chciał mi zrobić niespodziankę. Okazało się, że sprzedawca wcisnął mu… atrapę. Tata był odporny na wszelkie formy oszustwa. Nie mógł uwierzyć, że został oszukany, kazał mi sprawdzać, czy to przypadkiem nie jest mój błąd, bo może się nie znam i nie potrafię takiego sprzętu uruchomić. Ten prezent sprawił, że pokochałem go jeszcze bardziej.

Tata nigdy mi niczego nie odmówił. Pamiętam, jak w liceum dostałem wyróżnienie w jakimś konkursie poetyckim, wręczenie dyplomów odbywało się na Śląsku. Dla taty taka podwózka nie była żadnym problemem, wsiedliśmy w samochód, jechaliśmy 10 godzin, odebrałem dyplom i w nocy wracaliśmy przez całą Polskę. Ojciec był szczęśliwy, kiedy mógł komuś pomóc.

Mój tata nie należał do świata literatury. Miałem zdawać na medycynę, ale w ostatniej chwili zdezerterowałem i poszedłem na polonistykę. Widziałem jego smutek, chyba oczekiwał, choć nie artykułował tego stanowczo, że zostanę lekarzem. Myślę, że spełniając się jako pisarz, już dawno zdołałem odkupić swoją winę. Ojciec nie miał wpływu na to, że zostałem pisarzem, ale dzięki temu, co dał mi jako człowiek i jako rodzic, moje pisanie jest takie, a nie inne.

W ostatnich miesiącach był coraz słabszy. Ale starał się - głównie dla mnie i mamy - do samego końca, wstając z trudem z łóżka, by śniadanie czy obiad zjeść na siedząco, przy stole. W niedzielę 24 maja, w święto Wniebowstąpienia, starania te okazały się już ponad jego siły. Zmarł późnym wieczorem świadomy i pogodzony, ponieważ - jak wielokrotnie nam mówił - nie czuł lęku przed śmiercią. Ufał Bogu i dawał mi tego przykłady przez całe życie.

Nie wyobrażam sobie, że mógłbym mieć lepszego ojca.

Tadeusz Dąbrowski