2 grudnia 2020 Balbiny, Bibianny, Pauliny
Reklama Heops

Sceny z dawnego życia dworskiego w Barzynie i nie tylko (cz. 3)

dodał 2004-11-30
Sceny z dawnego życia dworskiego w Barzynie i nie tylko (cz. 3)

W poprzednim odcinku wspomnień z dzieciństwa Marty Aegidi (*14.08.1844-†22.01.1936) – przedstawiono Czytelnikowi długą podróż autorki wspomnień z Tussainen do Barzyny oraz pierwsze, dziecinne wyprawy w najbliższą okolicę barzynieckiego majątku. Obecnie relacja z zimowej wyprawy po świąteczne zakupy do Pasłęka, wizyty m.in. w sklepie Żyda Wohla oraz Wigilii dworskiej w Barzynie. Czas zdarzeń przedstawionych w zamieszczonym poniżej tekście można określić na ok. 1860 r.




(…) Ale oto nadeszło wydarzenie ważniejsze od wszystkich innych w obliczu zbliżających się świat Bożego Narodzenia. Cioteczka jedzie jutro do Pasłęka, a dwojgu „dużych” wolno pojechać z nią! „Duzi” mają 9 – 10 lat. W końcu po wielu prośbach, Greta również może towarzyszyć w wyprawie, jeśli obieca, że będzie słuchać „dużych”, bo cioteczka nie będzie miała czasu troszczyć się o dzieci, musi przecież kupić w Pasłęku wszystko, czego mama potrzebuje na święta, a czego nie da się zrobić samemu w domu, dla ludzi i dla domowników, a tych jest tak wielu, cały naród! I jeszcze dzieci! Ciocia ma całą listę zakupów i głowę tak nabitą myślami, że na pewno wolałaby pojechać sama. Ale czegóż cioteczka by nie zrobiła, żeby tylko sprawić nam przyjemność. A że nasza obecność mogłaby ją męczyć? Nigdy byśmy na to nie wpadli, a gdyby ktoś nam to powiedział – wyśmialibyśmy go. My, kłopotem dla cioci? Przecież żyła dla nas, wydawało nam się, że jesteśmy jedynym sensem jej życia i chyba nie ma piękniejszego podziękowania dla kochanej cioci za jej bezinteresowną miłość jak to, że właśnie w ten sposób myśleliśmy. Wiedzieliśmy przecież od innych ludzi, naszych nauczycielek i innych ciotek, że często byliśmy dla nich uciążliwi, ale nigdy dla cioteczki! Jeśli wyjeżdżała, mówiliśmy nie tylko, że my będziemy drżeć o nią, lecz i że ona będzie trwożyć się o nas. (…)
Tak więc kochana ciocia wzięła na siebie jeszcze i ten ciężar: trzy żywe worki pełne pytań. (…) Ileż się najedliśmy emocji, zanim wreszcie szczęśliwi usadowiliśmy się w saniach z budą i wyruszyliśmy. Sądzę, że ¾ mili, ale może trochę więcej, dzieliło Barzynę od Pasłęka. Po drodze mijaliśmy kilka bardzo ładnych miejscowości, m.in. sporą wieś Krasin/1/ . Przy tej ostatniej zatrudnionych było wielu robotników, były tam wysokie wały i nasypy z ziemi, ponieważ budowano tam ów duży kanał ze śluzami łączący jeziora prowincji z zalewem/2/ . Ale nasze całe zainteresowanie koncentrowało się na Pasłęku.
Pasłęk jest starym, małym miasteczkiem krzyżackim. Wtedy można było jeszcze wyraźnie poznać po nim ów styl charakterystyczny dla takich miasteczek. Położony na wzgórzu, panujący ze swej wysokości nad okolicą, otoczony grubymi murami i wieżami, w środku miasta rynek, od którego odchodziły promieniście wszystkie ulice. Można było poznać po tym układzie, że wszystko było pomyślane tak, by w razie ewentualnego ataku zgromadzić ludzi w jednym miejscu szybko i bez robienia ścisku. Stary kościół i wiele starych domów zachowało się jeszcze z czasów krzyżackich, co kilka lat później budziło nasze żywe zainteresowanie, a wtedy tylko przejęło nas nabożną czcią. Wokół rynku biegły podcienie, w których znajdowały się liczne kramy. Pojechaliśmy do panien Mittmann, u których mieliśmy się zatrzymać. Wyładowano skrzynię z naszym prowiantem, a trzy stare damulki witały nas mnóstwem dygnięć. Oczywiście cieszyły się bardzo, że my też przyjechałyśmy, co wzbudza dzisiaj mój szczery podziw, przed świętami miały wszak w swoim magazynie mody połączonym z pasmanterią nawał pracy! W pokoju mieszkalnym wychodzącym na podwórko wyłuskano nas z okryć. Miałyśmy najpierw coś zjeść. Panna Elmira przyniosła już czekoladę, a dla cioteczki nawet butelkę wina, na co my, dzieci, znając dokładnie sposób życia cioci, obwieściłyśmy, że cioteczka wina nie pija nigdy. Ale tego wina ciocia musiała się napić, ponieważ mama dosłała je „ekspresowo” a ciocia potrzebowała szczególnego wzmocnienia na ten dzień. Nie tracąc czasu zabrała się natychmiast do załatwiania swoich spraw: my miałyśmy załatwiać nasze obstalunki wraz ze służącym Adolfem Neidenbergiem, który nie potrafił wymówić „r”, i pod opieką panny Elmiry Mittmann, a jeśli spotkamy się z ciocią, miałyśmy nie słuchać co mówi ani co kupuje. O trzeciej miałyśmy znów spotkać się z ciocią u panien Mittmann na obiedzie. Teraz jeszcze tylko parę wskazówek, co do tego jak my, dzieci ze wsi, mamy zachowywać się w mieście, i ciocia mogła wyjść. Panny Mittmann nie były nam obce. Przyjeżdżały często do Barzyny, panna Elmira nieraz zostawała na dłużej, a my wiedziałyśmy, że ich ojciec był tam niegdyś, w odległej przeszłości, inspektorem. Tak jak znane były nam one same, tak obce było dla nas ich otoczenie. Nie sposób sobie wyobrazić, jak obco i dziwnie działają na dzieci ze wsi miasto i miejskie mieszkanie. Wszystko tak ciasno przysunięte do siebie, na dworze spiętrzone domy, wewnątrz sprzęty domowe, obce przechodzenie koło siebie, taka kupieckość w całym tym pędzie.
Czegóż tam nie było w wychodzącej na wąskie podwórko i bardzo ciemnej, tylnej izbie mieszkania panien Mittmann! Pudła ze wstążkami, tiulem i koronkami stały na krzesłach, półotwarte, duże paki wełny, włóczki do robienia na drutach i do robót szydełkowych, rozpoczęte pantofle wyszywane w kolorowe kwiaty, kosze na papiery, koszyki zamykane na kluczyki z gotowymi aplikacjami z perełek, zakładki do książek i jedwab, całe mnóstwo interesujących przedmiotów. Do tej izby ciasno przylegała kuchnia pełna pięknych, przypominających dom zapachów. Co chwila przychodziła służąca, żeby o coś zapytać albo coś zamówić. A teraz sklep wychodzący na ulicę! Przed oknem udekorowanym całą masą wspaniałości siedziała jedna z panien Mittmann, przed nią stała głowa z wybałuszonymi oczami a na tej głowie czepiec albo kapelusz, który panna Mittmann przystrajała kokardami i koronkami, z wielkim artyzmem. Drzwi nie zamykały się ani na chwilę, ludzie wciąż wchodzili i wychodzili, a mnie aż kręciło się od tego w głowie. Jeden brał motek wełny, inny chciał wyszukać jedwab, jeden żądał tego, inny tamtego, a ja podziwiałam cierpliwość panny Mittmann obsługującej uprzejmie wszystkich klientów. Ale prawdziwy ścisk odczułyśmy dopiero potem, kiedy znalazłyśmy się na ulicy. Czułyśmy się niezupełnie na swoim miejscu, tak, jakbyśmy nie miały prawa iść ulicą, bo nie należymy do miasta i przytuliłyśmy się mocno do siebie. Niesamowite wrażenie zrobiły na nas miejskie dzieci, które biegały tu i tam pewne siebie, bez żenady i wgapiały się bezwstydnie w nas - ubrane w czapki i futrzane płaszcze, uszyte nie według mody, lecz pomysłu Mamci. Na moje stwierdzenie: „Nie sądzisz, Maryjko, że miejskie dzieci są straszne?” Maryjka odpowiedziała wyniośle: „Sądzę, że miejskie dzieci są bez serca.” A ja długo jeszcze myślałam, że każde dziecko z miasta jest szydercze i pozbawione uczuć.



I tak odwieczne przeciwieństwo wsi i miasta objawiło się natychmiast również tutaj. Wprawdzie czułyśmy wyższość tych dzieci poruszających się z rutyną, wchodzących bezczelnie do sklepów, dzieci, które kupowały, obstalowywały, wymieniały, krytykowały, żądały, wychodziły nie dziękując. Imponowały nam, ale były dla nas czymś wrogim i mąciły naszą radość i harmonijny nastrój. Jeśli ktoś dorastał na wsi, z dala od miasta, już przez całe życie towarzyszy mu coś z tego przeciwieństwa, choćby całe późniejsze życie spędził w mieście. Dziś jeszcze, nieważne, czy są to dzieci z miasta, dorosłe dziewczyny i kobiety, uczniowie, subiekci sklepowi czy w ogóle mężczyźni, jeśli traktują innych ludzi z niedbałą pewnością siebie, niejako „mimochodem”, z pospolitą rutyną, odczuwam do nich podobną niechęć, jak wtedy w Pasłęku, a ludzie ci wydają mi się być jak wytarty trojak, którego wartość przyjmuje się na wiarę, bo wiadomo, co na nim powinno figurować.
Panna Elmira poprowadziła nas przez plac otoczony krużgankami. Nie były to, ot, zwykłe zielone altanki, lecz murowane hale wzniesione przed wszystkimi domami na rynku/3/ . Sięgały aż do pierwszego piętra. Takie same krużganki jak w miastach Italii czy Tyrolu, występowały we wszystkich niemieckich miastach krzyżackich i są niechybnie dostojną pozostałością tamtych czasów. Były tam przeróżne sklepy, ale my nie mieliśmy tam nic do roboty, szliśmy do pana Wohla. To nazwisko często słyszało się u nas w domu, ponieważ pan Wohl, a może i pisał się Wol, był nadwornym dostawcą mamci, dostarczał wszelakiego rodzaju towary łokciowe, sądzę też, że i bawełnę do tkania, lecz tego nie wiem na pewno. Ciekawił nas ten człowiek, którego nazwisko było tak często wymieniane. Panna Mittmann przedstawiła nas jako „trzy najstarsze baronówny z Barzyny.” Być może nie pamiętałabym tego, gdyby nie sprawiło mi to wtedy przyjemności, a sprawiło mi ją, gdyż odczuwałam jeszcze przykrość z powodu dzieciaków marszczących noski. Pan Wohl/4/ , stary Żyd z grubymi, białymi lokami i czerwoną twarzą, bez brody, traktował nas z uprzedzającą grzecznością. Chciałyśmy kupić kilka fartuchów, parę chust na szyję i inne drobiazgi, on sam doradzał nam i proponował, a my zgadzałyśmy się na jego propozycje. „Wielki” niski sklep miał półpięterko, na które prowadziły kręte schody. Młody Żyd z czarnymi lokami biegał bezustannie po tych schodach w dół i w górę, z małpią prędkością, wciąż obładowany pakunkami, jako że sklep był tłumnie odwiedzany. Moritz tu, Moritz tam, Moritz to, Moritz tamto, tak było bez przerwy i sprawiało to wrażenie, jakby Moritz przywiązany był do tych schodów jakąś linką i ciągany to w dół, to w górę przez czyjąś niewidzialną rękę. Przy tym każdy wieszał psy na Moritzu, z czego on zdawał się sobie nic nie robić, przeciwnie – uśmiech nie schodził z tej bezczelnej twarzy żydowskiego bębna.
Wszystko to były zagadki i nowe przeżycia.
Z zakłopotaniem, bo obawiając się, czy nam wystarczy pieniędzy, kupiłyśmy podarki tylko dla grubej Lotty, dla Tiny, dla Mariki Kupries (która miała twarz jak indyk), dla garbatej Justy od kur i dla „naszej kulawej Justy”, która śpiewała nam piosenkę o Ludmile, która była podobno bardzo nieodpowiednia, czego my zresztą nie zrozumieliśmy, ale mama zdzieliła ją za to parę razy po twarzy, dla mojej Marie Badt i dla Tiny od Maryjki Homann i poszłyśmy dalej, żegnane wieloma niskimi ukłonami przez pana Wohla, do „Kirsteina”/5/ , do najjaśniejszego punktu w Pasłęku, miejsca, w którym miały się ziścić nasze pasłęckie oczekiwania, ponieważ według naszych wyobrażeń, Kirstein miał w swoim sklepie wszystko. Ileż pięknych rzeczy dotarło już z jego sklepu do naszego domu, a teraz wreszcie miałyśmy ujrzeć ten cały kram na własne oczy. Po drodze zobaczyłyśmy cioteczkę przechodzącą przez ulicę. Zapomniałyśmy o całym świecie, różnicach między miastem a wsią, żenowaniem się i stosownym zachowaniu i rzuciłyśmy się ku niej z radości, krzycząc: Cioteczko! Mniej więcej dwie godziny trwała nasza rozłąka, ale dla nas, w obcym świecie, była to cała wieczność. Ciocia była niczym słońce, które znów pojawiło się na horyzoncie. Ciocia sama była zaskoczona i bała się, że ją przewrócimy z radości. Niestety, nie mogła zostać z nami, bo jej lista była jeszcze długa.
Dotarłyśmy do Kirsteina. Naprawdę miał tam wszystko, od zielonego mydła i śledzia począwszy, a na wytwornych bibelotach i zachwycających zabawkach skończywszy. Tych ostatnich nie wolno nam było dokładnie oglądać. Mamcia zabroniła, nie wolno było też żadnej kupić – wodzi to fantazje na pokuszenie i osłabia wrażenie nowości w wigilię. My, dzieci, nie obdarowywałyśmy się wzajemnie, za daleko by to nas zaprowadziło przy takiej liczbie, dawałyśmy podarki tylko dorosłym. Dla ciotek, rodziców, cioteczki, nauczycieli domowych, guwernantki, bony i Lulli robiliśmy coś sami, ale mieliśmy teraz kupić coś dla pana Kernera, pana Schroedera, dla Rieki, Badta, naszej Augusty, Szarloty od krawca i przede wszystkim dla naszej ukochanej niani. Naprawdę trzeba było nałamać sobie głowy, żeby coś wynaleźć, a musiało być to bardzo tanie z uwagi na naszą skromną kieszeń, a jednak miłe, bo inaczej mama ganiła nas bezlitośnie, a chwaliła, jeśli udało się sprawić miły podarunek. Ach, tyle tu było do oglądania! W ciemnym sklepie paliło się światło w biały dzień, wszystko mieniło się i migotało, jakby były już święta. A kiedy oglądało się jedną rzecz, oczy widziały już coś nowego obok, z tyłu, pod spodem, co było jeszcze śliczniejsze, a tam znowuż coś jeszcze piękniejszego, a w końcu człowiek był tak otumaniony, jak mawiała niania, że już zupełnie tracił głowę.
Pan Kirstein, mały, grubawy, przyjazny pan, tańcował zwinnie między tymi wszystkimi wspaniałościami i z wielką cierpliwością pomagał nam w naszej dziecięcej bezradności. W końcu sprawunki były gotowe, a my miałyśmy poczucie, że nabyłyśmy prawdziwe skarby. Przy czym były to rzeczy, które kosztowały 2 ½ , 3, 4, 5, co najwyżej 7 ½ groszy. To, co kupiła cioteczka, odebrał małym wózkiem posłaniec pocztowy, ale nasze sprawunki sami zabraliśmy ze sobą, były zbyt cenne, żeby powierzyć je Augustowi Schwarzowi.
Mimo wszystko byłyśmy szczęśliwe, że było już po zakupach i cieszyłyśmy się podwójnie na święta, uzbrojone w nasze podarunki i niespodzianki.
Kiedy wróciłyśmy do Mittmannów, czułyśmy się jak w domu u tych dobrych paniuś, które strzegły nas jak źrenicy oka. Cioteczka też przyszła na obiad, zupełnie zmordowana i wykończona. Podgrzana jagnięcina smakowała zupełnie inaczej niż w domu (gdzie była świeża), ale całkiem interesująco. Być może jagnięcina zawsze smakuje tak właśnie w mieście, myślałam sobie (a przywieziono ją z Barzyny!).
Ostatnie godziny spędziłyśmy u panien Mittmann czekając, aż ciocia będzie gotowa. Dobre damy usmażyły dla nas do kawy przepyszne naleśniki, mimo mnóstwa zajęć przed Bożym Narodzeniem. Potem przyszła ciocia i Badt zajechał saniami pobrzękując dzwonkami. Zawinięto nas w ciepłe rzeczy i pojechaliśmy żegnani przez paniusie stojące na schodkach sklepu tysiącem dobrych życzeń i machaniem. Cudnie było znowu siedzieć w saniach, być okutanym w futrzaną derkę jak w drugą skórę, już nie między obcymi ludźmi, na obcym terenie, ale ciasno przy cioci, która zmęczona siedziała wciśnięta w kąt. Badt jechał na koźle, konie szły wesoło, dzwonki dzwoniły. W mieście wszystkie rozświetlone okienka wyglądały tak uroczo, można było zobaczyć ludzi siedzących przy stole wokół lampy a z okien i drzwi sklepów padał na przechodniów jasny blask. Poza miastem też nie było całkiem ciemno na drodze, bo szerokie pola, całe w śniegu, lśniły niby własnym światłem. Na niebie gwiazdy świeciły jasno i iskrzyły się na mrozie. W tej ciszy (dzieci nie mówią wszak w takich sytuacjach), po niepokojach dnia, ogarnął nas bożonarodzeniowy nastrój. Mną owładnął tak bez reszty, że podróż minęła mi jak z bicza strzelił.
(...) Boże Narodzenie. Wieczorem 23. grudnia z rozkoszą stawiało się ostatnią kreskę na karcie nad łóżkiem, na której odmierzałyśmy dni do świąt. A na dobranoc mówiliśmy sobie: „Jutro, jak się obudzimy, będą święta!” Ach, to miłe budzenie się i mocne bicie serca przez cały dzień! Przed południem obdarowywani byli ludzie z majątku. Pierwszy raz od długiego czasu otwierały się przed nami drzwi Białej Sali/6/ . Okiennice były zamknięte, w sali panował półmrok, pełne obietnic było migotanie choinki, choć świeczki jeszcze nie płonęły. „Mali” nie przychodzili wręczać prezentów, ale my, „Duzi”, mieliśmy za zadanie rozdzielać jabłka i orzechy i dlatego wolno było nam tu być (...). W Białej Sali stały dwa długie stoły, przy każdym ustawiono drzewko bożonarodzeniowe. Na stołach, przy poszczególnych miejscach, leżały różne rzeczy, a na nich wypisywano wyraźnie, dużymi literami, nazwiska. Już z góry cieszyliśmy się, jaką radość sprawią innym prezenty i dokładaliśmy nasze przy odpowiednich 4miejscach (...) piękne, kolorowe wyroby tkackie zdjęte prosto z krosna, rękawiczki jednopalczaste, skarpety, szale i pierniki – tu właśnie było ich miejsce. Ale cóż to!? Tu, przy jednym z miejsc, pusty talerz. Na brzegu karteczka z nazwiskiem „August Schwarz”, a w talerzu jeszcze jeden papierek, na którym wyraźnie napisano: „Świntuch, co się upija, nie dostaje nic”. To było straszne przeżycie dla nas dzieci. A więc naprawdę istniał ktoś, kogo wykluczono z bożonarodzeniowej radości. Napełniło nas poczucie sprawiedliwości, że oto słusznie grzesznik został osądzony i ukarany. Wiedzieliśmy dobrze, że nasz „pocztowy August”, jak go nazywaliśmy, zasłużył sobie na karę. Wielokrotnie upijał się w Pasłęku, skąd codziennie odbierał pocztę, a w końcu doszło nawet do tego, że po prostu przytroczył sobie do siodła butelkę z rozpuszczalnikiem. Koń kłusem niósł pijanego do domu, butelka stłukła się, a on w zamroczeniu nawet tego nie spostrzegł. Gdy dojechali na miejsce okazało się, że biedny koń miał poranioną łopatkę, a prawą przednią nogę pociętą prawie do kości. To było straszne. Już wtedy grożono Augustowi, że nie dostanie nic na święta. Ale, że groźba zostanie spełniona... . Ta kara była dla naszych dziecięcych serc jak balsam. A jaki wstyd! Ale w jego przypadku kara przyniosła skutek. Jego matka bardzo płakała, całowała rodziców po rękach i mówiła, że powinni być surowi, bo przecież już jego ojciec chlał, no a jeśli i on stanie się taki sam, to co wtedy ona, biedna wdowa, pocznie?!(...).
Na zakończenie mała uwaga. Otóż w poprzedniej części „Wspomnień Marty Aegidi”, w objaśnieniu do przypisu nr 8 zakradł się błąd. Otóż „pukiel włosów w ramce ozdobiony wiankiem z kocich łapek” - to oczywiście suszone kwiatki rośliny zwanej popularnie szarotką (łac. leontopodium).

Lech Słodownik
Magdalena Żółtowska




/1/ Prawdopodobnie ta droga z Barzyny do Pasłęka prowadziła przez Liszki (Leisten), Śliwice (Nahmgeist), Krasin (Schönfeld) i Nowiny (Neufelde).
/2/ Mowa o budowanym w latach 1844 – 1860 kanale, zwanym później Kanałem Oberlandzkim (niem. Oberländer Kanal), dzisiaj to oczywiście Kanał Elbląski. Natomiast „zalew” to Zalew Wiślany (niem. Das Frische Haff).
/3/ Dzisiejsza ul. Chrobrego.
/4/ Nazwisko Żyda – Wohla nie występuje już w książce adresowej Pasłęka z 1925 r. Tutejsza gmina żydowska liczyła pod koniec XIX w. ok. 200 osób. Synagoga wybudowana w 1878 r., znajdowała się między wylotem dzisiejszej ul. Chrobrego (d. Markt) i wieżą prochową przy ul. Firleja (d. Mauerstraße). Do dzisiaj zachował się cmentarz przy ul. Geodetów. Przed 1933 r. do bardziej znanych Żydów w Pasłęku należeli m.in. kupcy – bracia Heinrich i Leo Aris, zamieszkali przy Amtsfreiheit 18 i 18a (obecnie A. Steffena), notariusz Friedrich Thomas, zam. przy Poststraße 27 (dzisiaj Jagiełły), dentysta Joachim Lewien, zam. przy Markt 23 (obecnie Chrobrego), rzeźnik Izydor Cziczewski, zam. Reiterstr. 7 (obecnie Kościuszki), karczmarz Paul Borkowitz, zam Kirchenstr. 1 (obecnie Podwale), kupiec Walter Laserstein, zam. Markt 27 oraz kupiec Jakub Rosenberg, zam. Markt 11.
/5/ Chodzi tu o rodzinę Kirstein, zamieszkałą przy d. Poststraße 37 (Jagiełły). W 1925 r. mieszkał tu kupiec Ferdynand Kirstein.
/6/ Obecnie zrujnowana, częściowo bez dachu. Być może później w Białej Sali znajdowała się cenna kolekcja obrazów, którą ostatni właściciel Barzyny – Gerd von der Groeben odziedziczył po bogatych przodkach swej matki z domu von Carstanjen, antykwariuszy mieszkających niegdyś w Bad Godesberg. Wśród tej kolekcji był najcenniejszy – ostatni „śmiejący” autoportret Rembrandta Harmensz van den Rijn (1606-69). Rembrandt namalował kilkadziesiąt autoportretów, przy czym „śmiejące” tylko dwa. Pierwszy pochodzi z tzw. lejdejskiego okresu jego twórczości (ok. 1620 r.) i znajduje się w Muzeum Królewskim w Amsterdamie. Drugi z lat ok. 1665-68, który zdobił wnętrza pałacu w Barzynie, znajduje się obecnie w Wallraf-Richartz-Museum w Köln pod nr WRM 76.



Dodaj komentarz


Aby dodać komentarz musisz podać wynik
Akceptuję Regulamin
Akceptuję Politykę prywatności

Logowanie / Rejestracja

Dodaj komentarz


Aby dodać komentarz musisz podać wynik
Akceptuję Regulamin
Akceptuję Politykę prywatności
LAWETA
nasza2